czwartek, 19 września 2013

13. Lil



 Lil zatrzymał się przed jakimś wysokim budynkiem. Wyszedł z auta, obszedł samochód i otworzył moje drzwi.
-Proszę piękna. _powiedział z szerokim uśmiechem.
-Dzieęki.._ powiedziałam niepewnie. Wysiadając z auta spojrzałam na Justina, który nerwowo się rozglądał. Podeszłam do niego i złapałam go za ramie.
-Justin, co się dzieje? _spytałam patrząc mu w oczy.
-Nie... nic. _powiedział mrużąc oczy. –Wchodźmy już. _powiedział nerwowo. Pociągnął mnie za rękę w stronę drzwi. W środku była recepcja, jak w hotelu. Było tu bardzo ładnie, pewnie i bardzo drogo.  Justin przyspieszył w stronę windy. Weszliśmy do środka, a gdy drzwi się zamknęły  Justin odetchnął z ulgą.
-Zdążyliśmy... _powiedział cicho.
-Ale na co?_ spytałam zdezorientowana.
-Uciec.._ powiedział opierajac głowę o ścianę windy.
-Przed kim? _spytałam nerwowo.
-Przed tym co zawsze. _stwierdził.
-Nie widziałam tam nikogo...
-Nie widziałaś bo są dobrzy. _zaśmiał się. –Ja widzę ich troche inaczej niż ty.
-To znaczy?
-Nie ważne. _powiedział szybko i wtedy drzwi windy się otworzyły. Szłam za Justinem do drzwi naprzeciwko windy. Wyciągnął kartę i przykładając ją do czytnika otworzył drzwi.
-Zostań tu, Lil zaraz przyjdzie. Muszę załatwic pare spraw  na mieście. _powiedział całując mnie w czoło.
-Uważaj na siebie. _powiedziałam z lekkim usmiechem.
-Bez obaw._ powiedział wychodząc.

Usiadłam na fotelu i odetchnęłam. Oparłam się i zamknęłam oczy, lecz po chwili ktoś gwałtownie otworzył drzwi, przez co usiadłam do pionu.
-Justin już wyszedł?_ spytał stojący przede mną Lil.
-Tak. _powiedziałam ocierając oczy.
-Wszystko ok.? _spytał kucając przede mną.
-Yhm... tak. _powiedziałam lekko się uśmiechając.
-Co robimy? _uśmiechnął się.
-Em.. obojętnie..._ przygryzłam wnętrze policzka.
-No to może się przejdziemy?
-Justin mówił że nas obserwują...
-E.. on zawsze jest przewrażliwiony... bez przesady. _ wstał i podał mi rękę. Złapałam ją i wstałam. –Ale jeśli nie chcesz isć to zostaniemy tu. Usiądź na łóżku, pogadamy sobie. _powiedział siadając na łóżku, usiadłam obok niego. Położył mi rękę na kolanie przez co drgnęłam. –Spokojnie._ powiedział z szerokim uśmiechem. –A teraz powiedz mi dlaczego nie chcesz Justina?_ spytał zupełnie bez emocji, zdziwiło mnie to pytanie. Co to w ogóle go obchodziło.?!
-To nie tak że nie chce... bardziej nie mogę..._ przygryzłam wargę.
-Nie możesz bo?_ zachęcił mnie do dalszego mówienia.
-Bo... mój brat... on się na to nie zgodzi...
-Twój brat nie jest chyba problemem... nawet nie wiesz czy żyje. _usmiechnął się podejrzanie.
-Skąd to wiesz? _spytałam podnosząc jedną brew.
-Em..e...Justin mi powiedział... _podrapał się z tyłu głowy.
-Aha... _powiedziałam nieufnie.
-Ale jeśli nie Justin to może chociaż ja? _spytał co mnie kompletnie zaskoczyło. Przysunął się do mnie i wtedy pocałował mnie namiętnie w usta. Pchnął całym swoim ciałem na moje, przez co się położyłam. Zaczął mnie dotykać. Szarpałam się. Wreszcie odczepił swoje usta od moich i wtedy mogłam wołać o pomoc.
-Pomocy! Halo! Czy ktoś mnie słysz..._ w tym momencie zakrył mi ręką usta i moje wołanie o pomoc pod jego ręka brzmiało tylko jak niegroźne „mmmmmm”.
-Bądź grzeczną dziewczynką i tak nikt cię nie usłyszy. _uśmiechnął się. Po moich policzkach spływały łzy. Miałam dość tego że ciągle ktoś chce mnie skrzywdzić.
-A teraz się zabawimy... _oblizał wargę. Złapał końce mojej koszulki i ściągnął ją. Jego oczy aż błysnęły, a ja wiedziałam jaki obraz ma teraz w swojej głowie.
-Jesteś śliczna. _przygryzł wargę i znowu zmierzył do moich ust. Nagle usłyszałam otwieranie drzwi, a chwilę później poczułam że nie ma już na mnie ciala Lil’a. Podniosłam głowę i załzawionymi oczami widziałam tylko jak ktoś w czarnej kurtce kopie leżącego Lil’a. Otarłam oczy i zobaczyłam że to Justin.
-Ty szmato! Jak mogłeś jej to zrobić! Nie mogę cię zostawic na chwilę sam na sam z dziewczyną! _krzyczał Justin jakby w furii.
-Ja... jeszcze...nic... jej... nie ...zrobiłem.... _mówił Lil przez kaszel.
-Nawet nie denerwuj mnie bardziej ty pierdolony pedofilu!
-Ty..też..kiedyś...taki...byłeś...co...się...z..tobą...stało? Justin...powiedz..? _pluł krwią, a ja odwróciłam głowę. Miałam dosć oglądania krwi.
-Wyjdź stąd i nigdy wiecej nie pokazuj mi się na oczy! _krzyknął Justin. Drzwi zamknęły się z trzaskiem. Po chwili poczułam na moim ramieniu rękę. Odwróciłam głowę i zobaczyłam Justina.
-Przepraszam... nie powinienem był cię zostawiać._ powiedział podając mi koszulkę, ubrałam ją.
-Wszystko ok. _powiedziałam lekko się uśmiechając. –Nie wiedziałeś.
-Własnie że wiedziałem jaki on jest... ale nie sądziłem ze do ciebie też się będzie przystawiał... _ powiedział smutno, po czym spuścił głowę w dół. Przysunęłam się niepewnie do niego i owinęłam ręce wokół jego szyi. Spojrzał na mnie. Oparłam nasze czoła.
-Wyjedźmy stąd. _szepnął. –Jak najszybciej.
-Dobrze...
-Gdybym przyszedł później... to...stałoby się...
-Ćććć... ale się nie stało więc przestań się zadręczać. Byłeś tu jak zwykle. Na czas. Dziękuje Justin.
-Nie dziękuj mi... to moja wina.
-Przestań! _syknęłam.
-Nie potrafie się tobą opiekować... _stwierdził smutno.
-Gdyby nie ty już dawno bym nie żyła!
-Ni e prawda... _pokiwał głową.
-Justin... _dotknęłam dwoma palcami jego brody co zmusiło go aby na mnie spojrzał.-Zrozum to że jesteś najlepszym chłopakiem jakiego kiedykolwiek spotkałam..._ przygryzłam wargę.
-Nie! Jestem tylko mordercą! _krzyknął a łza popłynęła z jego oka.
-Nie prawda... _otarłam mu ją. –Morderca nie jest czuły i troskliwy... a ty jesteś. _uśmiechnęłam się lekko, a on odwrócił głowę. Dotknęłam jego policzek i przysunęłam się bliżej. Spojrzał na mnie zdziwiony. Zamknęłam oczy i dotknęłam delikatnie ustami jego ust. Po paru sekundach oderwałam się.
-Chce z tobą być Justin... _szepnęłam, cały czas mając zamknięte oczy. Po tych słowach Justin naparł ustami na moje i złapał mnie za tył głowy przyciskając bliżej siebie. Pocałunek robił się coraz bardziej namiętny. Ostrożnie wsunął język do mojej buzi. Nasze języki toczyły walkę, bardziej namiętną niż kiedykolwiek. Justin złapał mnie za pośladki i przysunął tak abym usiadła na jego kolanach rozkrokiem. Czułam rosnącą w jego spodniach wypukłość. Jęknęłam mu w usta, szarpiąc go za włosy. Nasze oddechy zaczęły być nierówne. Podniecenie rosło z każdą sekundą. Nagle Justin się oderwał.
-Co jest? _spytałam zdziwiona.
-Wiesz że jeśli tego nie przerwiemy to zajdzie to za daleko, oboje wiemy. A z tego co pamiętam nie chciałaś ze mną tego robić.
-Wiem... ale to było zanim...
-Zanim co?
-Zanim zorientowałam się że cie kocham..._ powiedziałam niepewnie.
Justina oczy się rozszerzyły.
-Nikt nigdy mi tego nie powiedział. Nikt nigdy mnie nie kochał...
-Na pewno jest ktoś kto cie kocha, jesteś najcudowniejszym chłopakiem na świecie... nie ważne jak niebezpieczne jest życie z tobą, ale innego nie chce... _powiedziałam przygryzając wargę.
-Naprawdę mnie kochasz? _spytał  niedowierzając.
-Tak, kochanie... _uśmiechnęłam się, przysunęłam się i pocałowałam go ponownie. Oderwał się z zamkniętymi oczami  i odwrócił głowę.
-Co się stało? _spytałam dotykając jego ramienia. Zobaczyłam żyły na jego szyi. Zdziwiona zmrużyłam oczy. –Justin spójrz na mnie! Co się stało? _krzyknęłam, a on odwrócił głowę, jego oczy były wciąż zamknięte. Przełknął ślinę i powoli je otworzył. Dostrzegłam że jego miodowe oczy są teraz... niebieskie. Odsunęłam się nerwowo. Łzy zaczęły płynąć z moich oczu.
-Line... posłuchaj...
-Nie! Przez cały czas mnie okłamywałeś! _szlochałam. –Nadal jesteś jednym z nich! Jak mogłam ci zaufać! _wstałam z łóżka.
-Nie  jestem jednym z nich! Ale byłem, i do końca życia będę miał w sobie to co oni!  Rozumiesz?! Nadal jestem sobą! To ja Justin! Ten sam!
-Nie! Twoje oczy są innego koloru! Co to w ogóle znaczy? _otarłam łzy.
-To znaczy że... mam potrzebę zabicia. _spuścił głowę.
-Potrzebę  zabicia?! Wtedy zmieniają się wam oczy?!
-Nie, oni mają je takie cały czas... ja odszedłem więc miałem swoje. Długo nie zabijałem, a to moja natura... dlatego się zmieniły...
-Czym ty jesteś? Kosmitą? Potworem? Zwierzęciem? _płakałam jeszcze bardziej.
-Nie mów tak proszę...
-Nie mam tak mówić?! To jak mam do cholery mówić!? Czuje się jak w jakimś pierdolonym filmie! Zakochałam się w czymś... nawet nie wiem czym jesteś!
-Jestem człowiekiem! Line, zrozum to że jestem sobą!_ wstał i złapał moje nadgarstki.
-Ała! Jesteś sobą i masz uścisk jak jakiś stu tonowy paker? _wyrwałam się z uścisku i zobaczyłam że moje nadgarstki sinieją.
-Przepraszam... nie chciałem cię skrzywdzić...
-Ale to zrobiłeś! Miałeś w ogóle zamiar mi powiedzieć o tych oczach? Czy gdyby teraz się nie pokazały to nigdy bym się nie dowiedziała? _spytałam zdenerwowana.
-Nie wiem... zareagowałabyś tak samo...
-Wiesz że spalibyśmy teraz ze sobą i dobrze że twoja natura się ujawniła! Nie musiałam spać z oszustem!

-Line posłuchaj...
-Daj spokój! Nie chce cię oglądać nigdy więcej! _odwróciłam się i szłam w stronę drzwi.
-Oni cie zabiją! Zostań ze mną, proszę...
-Oni? Czy raczej powinieneś powiedzieć „my”!_ powiedziałam z ironicznym uśmieszkiem.
-Line, ja nie jestem z nimi! Pomyśl, gdybym był po ich stronie po co bym cię ratował?
-Bo nie chcesz mnie zabić....?_ przewróciłam oczami.
-No ale nie musze zabijać cię ja, mogą to zrobić oni...np. mój brat. A ja cię chronię, bo nie chce aby ktokolwiek to zrobił.
-Justin... ja nie mogę, przepraszam ale nie mogę... to dla mnie szok ...
-Line! Oni cie zabiją! _jego niebieskie oczy zeszkliły się.
Zamknęłam oczy żeby pomyśleć. Odetchnęłam. Otworzyłam oczy i przygryzłam wargę.
-Dobrze... ale przysięgnij na mnie że nie jesteś już jednym z nich. _rozkazałam.
-Przysięgam. _uniósł dwa palce w górę, a ja się zaśmiałam.
-Co jest takie zabawne? _spytał z lekkim uśmiechem.
-Ty! Przysięgasz jak w przedszkolu... _otarłam łzy śmiechu.
-Czyli między nami ok.? _spytał z nadzieją.
-Nie wiem... jestem skazana na ciebie albo na nich. Wole ciebie. _powiedziałam cicho.
-To dobrze, gdybym ciebie stracił... nie chce myśleć  co by się ze mną działo.
 ------------------------------------------
oto 13.
snjsdbdfbh są razem albo nie? tyle sie dzialo w tym rozdziale~! <3 
 
mówie teraz żeby potem nie bylo ;p pisałam już wczesniej w notce. Jeśli pod tym rozdziałem nie będzie duzo komentarzy, usuwam bloga. Zależy mi na komenach wiec prosze, kazdy kto przeczyta niech skomentuje nawet jednym słowem. Prooooosze ;*
 NOWY BOHATER (byl już poprzednio no ale ;p )
pytania ---> ASK

wtorek, 10 września 2013

blog

heej ;)
zaczynam poważnie zastanawiać się nad sensem pisania tego opowiadania. Wiem że wielu go czyta a komentuje tylko 5, 6  osób. Jesli dodanie komentarza to tak ciężka rzecz to dla mnie pisanie tego bloga to powinna byś masakra. Wiem że wam sie nie chce, ale mnie to motywuje bo czytam wasze opinie. Proszę komentujcie. Jeśli bede widzieć dużo komentow rozdziały będą pojawiać się szybciej ;D Jeśli nie... zamknę bloga ;/ przepraszam ale po prostu dołuje mnie to gdy widze na innych blogach po 30 komentarzy i wiecej.

jesli macie pytania --->  ASK

wtorek, 20 sierpnia 2013

12. Strzał...



Obudził mnie śpiew ptaków za oknem. Otworzyłam lekko oczy i zaczęłam poszukiwać Justina. Zdziwiło mnie to że go nie znalazłam. Pokój był pusty. W mojej głowie zaczęło pojawiać się wiele myśli. Czy go porwali? A może mnie zostawił? Odwróciłam głowę i dostrzegłam że na poduszce leży jakaś kartka. Pisało na niej: POSZEDŁEM PO COŚ DO JEDZENIA – J. Kamień spadł mi z serca. Faktycznie mój brzuch był pusty i burczał od paru dni. Nie jadłam nic od dawna. Wstałam z łóżka i spięłam włosy w niedbały koczek. Poczułam obrzydzenie na myśl że mam nadal te same ubrania i że nie myłam się przez parę dni.  Otworzyłam drzwi z pokoju i rozglądając się dostrzegłam łazienkę. Pobiegłam do niej, otworzyłam drzwi i zamknęłam za sobą. Po chwili zorientowałam się że jest to małe wc, bez prysznica czy wanny. Dobra dam radę umyć się w umywalce. Odkręciłam wodę i wsunęłam rękę pod strumień. Woda była lodowata. Mydło było w kostce, czyli mogło używać go już wielu ludzi. To wszystko było dołujące. Obmyłam całe ciało mydłem a następnie starałam się je oblać wodą. Zachlapałam przy tym całą łazienkę. Trudno. Kolejnym punktem krytycznym było to że nie było tu ręcznika. A ja kompletnie o tym nie pomyślałam. Spróbowałam strzepać z siebie wodę. Z wstrętem ubrałam na siebie moją koszulkę, a właściwie 2/3 jej... < reszta została w vanie z krwią Justina>. Huh. Oraz majtki. Wyobrażacie sobie chodzić w jednych majtkach przez tydzień. No właśnie. Fu. Otworzyłam drzwi z łazienki i pobiegłam do pokoju. Moje serce stanęło gdy na łóżku zobaczyłam leżącego na brzuchu Justina.
-Justin? _spytałam niepewnie, podchodząc powoli. Cisza ogarnęła pokój. Wystraszyłam się jeszcze bardziej.
-Justin? Wszystko  w porządku?_ spytałam kładąc delikatnie rękę na jego plecach. Wtedy Justin szybko się odwrócił i przytulając mnie położył na łóżku.
-Bu! _powiedział żartobliwie. 
-Jesteś nienormalny? _krzyknęłam z ironią.
-Wyluzuj. _powiedział przewracając oczami.
-Wystraszyłeś mnie!_ powiedziałam wstając z łóżka.
-Nie chciałem cię zezłościć... myślałem że będziesz się z tego śmiała.
-No jak widzisz tak nie jest..._ odwróciłam się do niego tyłem.
-Oj... Line..._powiedział cicho.
Po chwili poczułam jego rękę na mojej talii. Przygryzłam wargę, czując się nieco zawstydzona.
-Ja naprawdę nie chciałem żebyś była zła. _powiedział całując mnie w szyję. Drgnęłam i po chwili zamknęłam oczy z rozkoszy. Muskał delikatnie ustami moją szyję. Jęknęłam cicho.
-Justin, nie. _powiedziałam odsuwając się. –Jest ok., nie gniewam się... ale nie rób tego więcej. _powiedziałam próbując na niego nie patrzeć.
-Nie chcesz mojego dotyku? Dlaczego? _spytał zdezorientowany.
-Ledwo się znamy...
-Nie, nie prawda... prawie razem zginęliśmy...cały czas trzymamy się razem. Nie rozumiem dlaczego mi nie ufasz!
Westchnęłam i spojrzałam na niego.
-Ufam ci! Bardzo ci ufam... wiem że przeszliśmy razem wiele... ale ja nie idę do łóżka z każdym komu ufam... _pokręciłam głową.
-Masz racje... może się pospieszyłem. _wymamrotał.
-Tak, pospieszyłeś się... _powiedziałam, spojrzałam na niego i zobaczyłam że ma na sobie czarną koszulkę, czarne spodnie i czyste buty. Wszystko było nowe. A w ręce nie było już druta. Nareszcie.
-Em... a skąd masz nowe ciuchy? I co się stało z drutem?_ spytałam. 
-Byłem w mieście, to parę kilometrów stąd. _odpowiedział podchodząc do szafki.
-Pojechałeś tam beze mnie?_ spytałam lekko zdenerwowana.
-Taa... bo ty spałaś. Wybrałem pieniądze z banku, pojechałem do szpitala żeby mi to wyciągnęli, wykąpałem się w hotelu i kupiłem pare rzeczy._ wyszczerzył się wyciągając z szafki  dwie torby.
-Wykąpałeś? A ja musiałam myć się w umywalce pod lodowatą wodą. _powiedziałam z wyrzutem.
-Ale sobie poradziłaś._ zaśmiał się.
-A co za rzeczy kupiłeś?_ spytałam podchodząc do toreb.
-Pare rzeczy... jedzenie i takie tam.
Szybko chwyciłam jedną z toreb i natychmiast zauważyłam w niej koszulkę dla mnie. Był to biały t-shirt z nadrukowanym zdjęciem James’a Dean’a. Kocham tego aktora. Skąd Justin o tym wie? W torbie były również szare leginsy, majtki i... stanik. Spojrzałam na niego oschłym wzrokiem.
-Wiesz jaki mam rozmiar? _spytałam marszcząc brwi.
-Taa... _podrapał się po głowie.
-A.. skąd?_ syknęłam przez zęby.
-Em... jak spałaś to musiałem zerknąć.. na metkę...żeby ci kupić. _wyszczerzył się.
-Ty zboczeńcu! _krzyknęłam wkurzona.
-No przepraszam że ci to kupiłem, mogłaś chodzić w tym samym , brudnym staniku przez kolejny tydzień._ powiedział z ironią.
-No dobra... reszta jest ok., dziękuje. _powiedziałam nieco spokojniej.
-No to się cieszę... _ wyszczerzył się.
-Skąd wiedziałeś że lubie James’a Dean’a? _spytałam podejrzliwie.
-Nie wiedziałem, ja go lubię więc ci ją kupiłem.
-Aha... _spoglądając do torby dostrzegłam kosmetyki. Eyeliner, tuż do rzęs, podkład oraz błyszczyk. Spojrzałam na Justina z szeroko otwartymi oczami. –Znasz się nawet na kosmetykach?
-Nie... poszedłem do galerii i powiedziałem że szukam prezentu dla dziewczyny, jakieś kosmetyki no i mi to wybrała._ wzruszył ramionami.
-Dziewczyny? _spytałam lekko się rumieniąc.
-Tak tylko powiedziałem, nie wiedziałem co ci kupić na przeprosiny za bycie dupkiem..._ podrapał się po głowie.
-Nie jesteś nim. _powiedziałam odkładajac pustą torbę do rogu pokoju. –Skąd miałeś auto?
-Ten facet z recepcji mi pożyczył, kazał zatankować i kupić mu pare rzeczy.
-Aha, a gdzie jedzenie? _spytałam prawie desperacko.
-W drugiej torbie. _podał mi drugą torbę, która była z KFC, spojrzałam na niego z  niesmakiem. – Nie lubię takiego żarcia. _powiedziałam odkładając torbę.
-Zachowujesz się jak rozpuszczona diva... _stwierdził. – Jedz bo umrzesz z głodu a nie gwiazdorz. _rozkazał, wzięłam do ręki torbę i zajrzałam do środka. Do moich nozdrzy uderzył zapach ciepłej bułki, mięsa, sałaty oraz frytek. Patrząc na Justina wzięłam frytkę do buzi.
-I co? Jest aż takie złe? _spytał z uśmiechem.
-Bywało gorsze. _stwierdziłam połykając.
-Nie rozumiem jak można nie lubić KFC czy McDonald’a... _pokręcił głową ze śmiechem.
-To jest nie zdrowe!_ krzyknęłam.
-No i co? Używki też są i jakoś ludzie je biorą.
-Ty też? _spytałam, a on zaczął się śmiać jak jakiś psychol.
- Co to za pytanie?! _spytał ocierając łzy śmiechu.
-Normalne. _stwierdziłam cicho.
-To chyba normalne że tak.
-Nie rozmawiajmy o tym więcej. _pokręciłam głową sięgając po kolejną frytkę, byłam tak głodna że zapomniałam o tym co jem, więc nie czułam obrzydzenia. Justin siedział cicho do chwili aż skończyłam jeść.
-Wyjeżdżamy? _spytał z uśmiechem.
-Czym? Znowu chcesz pożyczyć auto tego gościa?­_ zapytałam.
-Nie, kolega wpadnie po nas za jakieś pół godziny. _powiedział spoglądając na zegarek.
-Muszę zadzwonić do Dave’a. _oznajmiłam.
-Spoko. _podał mi pudełko z nowym białym iphonem.
-To dla mnie? _spytałam prawie świecąc oczami.
-No tak, swojego starego telefonu nie możesz już używać. _powiedział z uśmiechem. Szybko chwyciłam za pudełko i odpakowałam telefon. Był taki mega, moich emocji nie da się opisać. Zawsze o takim marzyłam ale mojego brata nie było na to stać. Z uściskiem rzuciłam się na Justina. Odwzajemnij uścisk obejmując mnie w pasie.
-Dziękuje. _wydusiłam cicho.
-Nie ma za co. _odpowiedział głaskając mnie po plecach. Uwalniając się z uścisku dotknęłam jego policzka dłonią i oparłam nasze czoła.
-Jesteś cudowny... _powiedziałam zamykając oczy.
-Nie, jestem okropny... i mały gest tego nie zmieni. _powiedział smutno, odwracając głowę.
-Uwierz że tak nie jest. Jesteś dobry, kochany i troskliwy... zabijałeś bo ci kazali...
-Nie, zabijałem bo sam tego chciałem... mogłem wybrać... ciebie nie zabiłem bo nie mogłem... nie wiem dlaczego, ale po prostu nie mogłem. _przerwał mi.
-Nie zabiłeś mnie i teraz musisz tak żyć. _wyrzuciłam ręce w powietrze. –W ciągłym stresie że cie znajdą...
-Tęsknie za starym życiem to prawda. Ale świadomość tego że zabiłem ciebie nie pozwalałaby mi normalnie żyć...
-Dlaczego? Co we mnie jest takiego że nie potrafisz mnie zabić? _spytałam kładąc mu rękę na kolanie.
-Ja nie wiem... chyba..._przygryzł wargę.
-Co?_ spytałam  zachęcając go do dalszego mówienia.
-Chyba czuje coś do ciebie, coś czego nie czułem do nikogo innego. _powiedział niemal na jednym tchu. Moje oczy otworzyły się szeroko, żaden chłopak wcześniej nie powiedział że czuje do mnie coś czego nigdy nie czuł. Nie wiedziałam co powiedzieć.
-Taa.. wiem że może to dziwne, bo morderca nie powinien nic czuć, ale ja po prostu sobie nie wierze... nie wierze że mogę kochać... chce cię chronić za wszelką cenę. _wymamrotał.
Złapałam jego dłoń w swoją. –To miłe co mówisz ale...  nie powinniśmy być razem. _powiedziałam żałując swoich słów, musiałam to powiedzieć. Być z Justinem to jak życie w ciągłej karuzeli, w każdej chwili możesz wypaść. A Dave, on nigdy by się na to nie zgodził. Znam go, mój chłopak gangster... nie w tym życiu. Justin spojrzał na mnie ze smutkiem w oczach.
-Rozumiem... ale nie pozwolę ci tak po prostu odejść... umarłbym ze zmartwienia.
-Nie musisz dać mi odejść, Dave pozwoli ci przyjaźnić się ze mną, no przynajmniej tak myślę..._uśmiechnęłam się lekko, chwyciłam za iphone i wykręciłam numer.  Usłyszałam trzy sygnały i po chwili zachrypły, ospany głos.
-Halo? _spytał.
-Dave! Jak dobrze cie słyszeć, nic wam nie jest? _krzyknęłam wesoło.
-Line? Jak mogłaś nie dać znaku życia?!
-Przepraszam... wiem że źle zrobiłam... nie miałam wyboru... A co u was, wszystko ok.?
-Nie... nie jest ok. _powiedział słabo.
-Co z tobą? Dlaczego jesteś taki słaby?
-Nie spałem od 2 dni szukałem ciebie i Diny!
-Po co Diny? Zagineła? _krzyknęłam wystraszona. Spojrzałam na Justina, miał szeroko otwarte oczy ze strachu.
-Tak. _powiedział oschle. –Porwali ją... tylko dlaczego... _jego głos się załamał.
-Nas też porwali... _poczułam łzy na policzku. – Justina pobili... _wyszlochałam .
-Jest tam z tobą? _spytał zaskoczony.
-Tak... cały czas. Dba o mnie... i chroni.
-Nie ufaj mu Line... to zwykły oszust i morderca!
-Nie mów tak o nim! _krzyknęłam w jego obronie.
-Ale to prawda... nie daj się omamić.
-Przestań! Mam dość ciągłych wyzwisk z twojej strony! On jest dla mnie dobry i nie wiem o co ci chodzi! Daj mu spokój dba o mnie lepiej niż ty kiedykolwiek!
Usłyszałam westchnięcie w słuchawce.
-Przepraszam... wiem że się starałeś... _ powiedziałam ciszej.
-Nie, masz racje...  nie byłem i nie jestem najlepszym bratem... ale zawsze będę chciał dla ciebie jak najlepiej.
-Wiem Dave... a teraz musimy szybko się spotkać i ją znaleźć! _krzyknęłam.
-Dobrze, Line przyjdź... _nagle usłyszałam szumy w słuchawce.
-Dave?
Szumy, głosy i po chwili.... strzał.
-Dave! _krzyknęłam ze łzami w oczach. Rozłączyło nas. Ogarnął mnie ogromny strach że go stracę. Położyłam telefon na szafce.
-No jak widze to nie możemy się przyjaźnić..._ Justin powiedział oblizując usta, spojrzałam na niego załzawionymi oczami. –Ale nie muisz z tego powodu płakać._ uśmiechnął się lekko.
-Dave! Słyszałam.. s..strzał. _zająkałam się.
-Co?_ spytał lekko zdezorientowany.
-Strzał. W słuchawce. _powiedziałam cicho. Justin podszedł do mnie, objął mnie ramionami i pocałował w czubek głowy głaskając ręką moje plecy.
-Wszystko będzie dobrze... nie martw się._ powiedział troskliwym głosem.
-Nic nie jest dobrze! Dine porwali, Dave... nie wiem nawet czy żyje! _powiedziałam przez płacz. Justin przytulił mnie mocniej.
-Znajdziemy Dinę, a Dave żyje, zobaczysz wszystko się ułoży.
-Mam dość tego koszmaru Justin...ja...ja nie chce tak żyć! _wychlochałam.
-Ććć... to się skończy... _powiedział w moje włosy.
-Kiedy? Za 10lat za 15? Umre na zawał do tego czasu! _krzyknęłam.
-Nie umrzesz, bo ja na to nie pozwolę. _powiedział puszczając mnie z uścisku i podchodząc do szafki. –Przebierz się, nie możemy tu dłużej zostać. _podszedł do okna. –Lil już jest, to dobrze. _uśmiechnął się, a ja szybko sięgnęłam po ubrania.
-Odwróć się! _zażądałam.
Justin się zaśmiał. –Po co?
-Bo się przebieram! Justin!
-Dobra, dobra już się odwracam. _ powiedział podnosząc ręce do góry w obronnym geście. Cały czas zerkałam na Justina. Przebrałam stanik, ubrałam koszulkę z James’em. Naciągnęłam koszulkę na kolana i ściągnęłam majtki, włożyłam nowe. Wciągnęłam legginsy, po czym wszystkie ubrania zwinęłam w kulkę i wyrzuciłam do kosza. Justin się odwrócił i z uśmiechem.
-Możemy iść? _spytał/
-Jeszcze tylko się pomaluje. _uśmiechnęłam się chwytając kosmetyki. Nie miałam lustra więc starałam się pomalować na oślep. –Justin może być? _spytałam, Justin popatrzył na mnie i uśmiechnął się.
-Tak, wyglądasz ślicznie.
-Dziękuje, no to możemy iść. _powiedziałam z uśmiechem. Po tych słowach Justin
skierował się do drzwi. Chwyciłam za iphone i rozglądając się wyszłam.
*
Przed schroniskiem stało czarne auto. Justin złapał mnie za rękę żebym poczuła się pewniej. Otworzył tylne drzwi, po czym wsiadłam. Zamknął drzwi i wsiadł z przodu obok kierowcy.
-Siema. _powiedział Justin.
-Siema, siema... a ta ładna pani to kto? _spytał jak zakładam Lil, uśmiechając się do mnie, pokazując tym wszystkie białe zęby.
-Line... _powiedziałam niepewnie.
-Line... hm... nigdy nie słyszałem takiego imienia. To twoja dziewczyna Justin?
-Nie. _warknął Justin. –Ona nie chce ze mną być.
-Woah, ktoś nie chce z tobą być?_ spytał Lil szeroko otwierając oczy. –Ktoś nie chce Justina Biebera? Legendarnego mordercy? _zaśmiał się Lil, a Justin pokiwał głową z uśmiechem. Jakby ta nazwa mu imponowała. Morderca, to określenie nie jest trafne co do Justina. Mordercy są źli, bez pokory, bez wyrzutów sumienia. On przeprasza za każde przewinienie, nie może być nazwany mordercą.
-A jaki ja niegrzeczny. Jestem Lil. _wyciągnął do mnie rękę, uścisnęłam ją z lekkim uśmiechem.
-Justin? _spytałam cicho. Odwrócił się do mnie. –Gdzie jedziemy?
-Do Miasta, zabiorę auto, pare ciuchów i możemy szukać Diny. _uśmiechnął się.
-Ok. _powiedziałam patrząc za okno. Mijaliśmy tylko las. Po parunastu minutach jazdy dojrzałam budynki. Wreszcie cywilizacja. 
-----------------------------------------------------------------------
Wreszcie jest 12. ;)  
Dave, jak myślicie coś mu sie stało? 
Lil, nowy bohater ;D jest w coś zamieszany?a może jest postacią epizodyczną? Dowiecie się ;p 
*
wiem wiem... rozdziału nie było wieki... ale w moim życiu dużo się działo ;p wiec przepraszam <3 
@haniabiebs
 


czwartek, 20 czerwca 2013

11. To niemożliwe!



 Ciemna postać z wielkim psem na smyczy stała kilka metrów od nas. Miała kaptur. Standardowo. Spojrzałam na Justina przygryzając wargę. Stał nieruchomo z kamienną twarzą. Jakby nad czymś myślał.
-Justin.. _szarpnęłam go za rękę.
-Nie bój się Line, to nie oni. _powiedział przymrużając oczy. Odwróciłam się w stronę postaci. Skąd on wie że to nie oni? Ten ktoś ma kaptur i szedł za nami. Nie rozumiem...
-Jak to? _powiedziałam nie rozumiejąc.
-Jest tylko jeden, oni przyszliby w grupie. A ten pies jest zwykłym psem... to nie oni. _powiedział spokojnie.
-Czyli kto to? _spytałam łapiąc go za rękę.
-Nie wiem.
Ciemna postać zaczęła się zbliżać, ze strachu schowałam się za Justinem nadal trzymając go za rękę. Jak długo był przymnie tak długo czułam się bezpiecznie.
-Kim jesteś i po co za nami idziesz? _warknął Justin a żyły na jego szyi zaczęły być widoczne. Postać nie odpowiedziała tylko nadal szła w naszą stronę.
-Czego od nas chcesz? _krzyknął Justin z jadem w głosie. Postać zatrzymała się dwa metry od nas. Uniosła głowę. Przez moje ciało przeszedł dreszcz. Złapałam Justina jeszcze mocniej.
-Jestem Jane. _powiedział spokojny, kobiecy głos. –I wcale za wami nie idę, szłam z psem na spacer.
-Tak szłaś na spacer naszym tropem! _krzyknął Justin.
-Nie bój się Justin... _powiedziała Jane, a Justin pokiwał głową i się zaśmiał ironicznie.
-Skąd wiesz jak się nazywam? _syknął.
-Po prostu wiem, a ty Line... trzęsiesz się jak galareta. Uspokój się, nie zrobię ci krzywdy. _jej głos był tak spokojny że aż przerażający.
-Czego ty chcesz? _spytał Justin.
-Niczego... po prostu nie chce żebyście zginęli. Macie jeszcze sporo przed sobą. _powiedziała głaszcząc psa.
-Oni cię przysłali? _spytał Justin zaciskając pięść.
-Nie... nie należę do nich! _powiedziała pierwszy raz podnosząc ton. Złapała za końce kaptura i ściągnęła go. Naszym oczom ukazała się śliczna czerwono-włosa dziewczyna ze słodkim uśmiechem. Oczy Justina otworzyły się szeroko, złapał się za włosy i spuścił głowę.
-Co jest? _mruknęłam cicho.
-To nie możliwe... _powiedział kręcąc głową. –Zabiłem cię! _krzyknął a ja podskoczyłam ze strachu.
-Jak widzisz wciąż żyje. _powiedziała z uśmiechem.
-Co tu się do cholery dzieje? Ty nie możesz żyć! Pamiętam dokładnie jak krzyczałaś...

-Nie błagam! Nie zabijaj mnie!_ krzyczała przez płacz.
-Myślisz że to ci w czymś pomoże? _spytałem z kpiną.
-Nic nie zrobiłam! Dlaczego chcesz mnie zabić?
-Wystarczy że twój ojciec zrobił! _krzyknąłem łapiąc ją za szczękę.
-Nie rozumiem! Jesteś młody wiesz pewnie ile mam planów tak samo jak ty! Mam rodzinę, chłopaka... _płakała tak bardzo, to nakręcało mnie bardziej. Uśmiechnąłem się do siebie.
-Masz racje... też mam plany... a ty nic nie zrobiłaś.
-No właśnie. _powiedziała z lekkim uśmiechem.
-Oj jaka szkoda że ty już swoich nie spełnisz. _powiedziałem i w tym samym momencie przeciąłem jej szyje nożem. Jej ciało bezwładnie padło pod moimi stopami a krew momentalnie rozlała się w kałużę. Rozejrzałem się, założyłem kaptur i uciekłem.

-Zobacz jaki zbieg okoliczności... kiedyś byłeś jednym z nich a teraz sam przed nimi uciekasz. _powiedziała przechylając głowę w bok. Jak w horrorze.
-Ja... ja musiałem cię zabić... nie chciałem... ja...
-Jakoś wtedy nie okazałeś skruchy Bieber! _krzyknęła.
-Przysięgam że teraz żałuje wszystkich zabójstw... _powiedział przerażonym głosem.
-Wiem, wierzę ci... bo nie zabiłeś jej. _wskazała palcem na mnie. –Ona zmieniła twój umysł. Przestałeś być takim dupkiem i mordercą. Teraz jesteś dupkiem nadal ale nie tak wielkim...
-Skąd wiesz że miałem ją zabić? _spytał osłaniając mnie jeszcze bardziej swoim ciałem.
-Wiem dużo rzeczy...
-Jane... nie rób nam krzywdy proszę. _wymamrotałam.
-Nie bój się... nie zrobię. _powiedziała podchodząc do nas.
-Justin nie musisz jej tak bronić chcę się tylko przywitać.
-Nie waż się jej dotknąć! _warknął.
-Jest ok. _powiedziałam po czym Justin mnie puścił.
-Hej... _powiedziałam niepewnie.
-Siemka. Twój chłopak mnie zabił wiesz, a przynajmniej tak myślał. _mrugnęła do mnie.
-On nie jest moim chłopakiem... _powiedziałam cicho. Przysunęła usta do mojego ucha.
-Wiem, ale wiem też że bardzo byś tego chciała. _powiedziała cicho, przez co zarumieniłam się od razu.
-Jeśli nas nie śledzisz to dlaczego powiedziałaś że nie chcesz żeby nam się coś stało? _spytał Justin, Jane spojrzała na niego przewracając oczami.
-Bo tak i tyle ok.?
-Nie nie jest ok.! Przez ostatnie pare dni żyjemy w ciągłym stresie, może ja żyje w nim całe życie ale ona nie i nie zasłużyła na to! Ci popierdoleni ludzie chcą mojej śmierci bo nie spełniłem jednego rozkazu! Jednego! zabiłem setki ludzi dla nich... a tak bardzo zależy im na niej! Nie rozumiem tego... Jason nie wtajemnicza mnie już... _i w tym momencie urwał, wiedział że powiedział za dużo, ale ja musiałam dowiedzieć się jeszcze więcej!
 -Kto to jest Jason? _spytałam podchodząc do Justina.
-Nikt. _warknął z obrzydzeniem.
-Justin mi możesz powiedzieć... _powiedziałam głaskając kciukiem jego dłoń.  Justin zbliżył usta do mojego ucha, jego ciepły oddech obił się o moje ucho przez co zamknęłam oczy.
-Tobie tak ale jej nie. _szepnął.
-Posłuchaj Justin wiem kim jest Jason, nie musisz przykrywać się mną tylko dlatego że nie chcesz jej powiedzieć. _powiedziała z uśmieszkiem satysfakcji. Justin westchnął.
-No dobrze... Jason to...to mój brat. _powiedział przełykając ślinę. –Dowodzi tym gównem! Jest dla mnie nikim... całe życie mną pomiata... zabił naszą matke... _Justin spuścił głowę na dół. –To potwór. _dodał cicho. Pogłaskałam ręką jego ramie a on przytulił się do mnie. Zdziwiło mnie to co prawda ale po chwili odwzajemniłam uścisk. –Miałem 5lat kiedy zabrał mi matkę... _powiedział w moje włosy.
-Yhm, ja wciąż tu jestem... Justin ty też jesteś potworem. Zabrałeś rodzicom ich dzieci._ powiedziała przez co Justin przerwał uścisk i popatrzył w jej stronę.
-Ludzie się zmieniają...nadal nie rozumiem dlaczego twoja pierdolona osoba nie leży teraz zakopana pare metrów pod ziemią. W morderstwach nie popełniam błędu. _warknął.
-Ty się nie zmienisz, nadal masz w głowie obraz w którym mnie zabijasz i nadal nie jest ci przykro. Pomogę wam tylko dlatego że ona tu jest i nie poradzi sobie bez ciebie. W innym przypadku zabiłabym cię tak jak ty zrobiłeś to ze mną... _powiedziała przez zęby.
-Pomóż nam... jemu naprawdę jest przykro. _wtrąciłam się.
-A więc tak... musicie iść cały czas na zachód. Jakieś 3 km stąd jest schronisko. Dla ludzi nie dla zwierząt. Możecie się tam zatrzymać. Pobyt tam jest za darmo. Więc powodzenia. _powiedziała odchodząc.
-Dzięki! _krzyknęłam, po czym odwróciłam się do Justina.
-Ta szmata myśli że ma nade mną przewagę. _wymamrotał Justin.
-Pomogła nam... znowu uważasz że to spisek? _spytałam przekręcając głowę na bok.
-Taa... nie wiadomo czy oni jej nie wysłali... jak ona przeżyła?
-Skąd ja mam to do cholery wiedzieć, jesteś kiepskim mordercą jak widać. _zażartowałam, a on spojrzał na mnie z niedowierzaniem.
-Co ty powiedziałaś? _spytał podnosząc jedną brew do góry.
-Powiedziałam że jesteś kiepskim mordercą. _wzruszyłam ramionami.
-Jestem najlepszym mordercą kochanie, a ty jesteś najlepszą niezdarą. _uśmiechnął się łobuzersko.
-Nie prawda! _sprzeciwiłam się.
-Skręciłaś kostkę uciekając przed śmiercią.
-Nie jest skręcona, gdyby była nie stałabym nawet. Nie znasz się doktorku. _uśmiechnęłam się triumfalnie.
-I tak jesteś niezdarą... _ wzruszył ramionami.
-Nienawidzę cie. _mruknęłam.
-Nie prawda, kochasz mnie. _uśmiechnął się zadziornie.
-Nie! Spadaj! _krzyknęłam przyspieszając.
-Całowałaś mnie! _krzyknął za mną przez co przewróciło mi się w żołądku.
-No bo... to ze stresu! _krzyknęłam w swojej obronie.
-Taaa...  jasnee... albo jak mówiłaś... nie Justin tylko nie umieraj!_ próbował naśladować mój głos, a po chwili się zaśmiał. Poczułam smutek, nie lubie jak ktoś się ze mnie nabija... a zwłaszcza Justin. Założyłam ręce na piersi idąc nadal przed siebie.
-Przepraszam... znowu zachowuję się jak dupek wiem że się o mnie martwiłaś. _powiedział łapiąc mnie za rękę powodując że się zatrzymałam. –Chciałem tylko rozluźnić atmosferę...
-Nie lubie jak ze mnie żartujesz. _mruknęłam.
-Już nie będę obiecuje... _powiedział po czym mnie przytulił, i wtedy coś ostrego wbiło  mi się do ręki.
-Ała! _krzyknęłam odskakując, spojrzałam na Justina.
-Ten cholerny drut! _krzyknął Justin próbując go wyrwać.
-Nie! _podbiegłam do niego zatrzymując go przed tym. –Zrobisz sobie krzywdę. _powiedziałam patrząc mu w oczy.
-To co mam z tym gównem zrobić? _spytał.
-Nie jest wbity do żyły, na szczęście. Musi go wyjąć lekarz...bo ja boje się że się wykrwawisz.
-Dobra, jak dojdziemy to lekarz to zobaczy. Niech ci będzie. _powiedział wzruszając ramionami. Ruszyliśmy dalej na zachód, chciałam już być na miejscu.
-Pamiętasz jak udawaliśmy parę?_ zaśmiał się.
-Taa... miałam ochotę ci przywalić. _zachichotałam.
-Byłem żałosny każąc ci spać ze mną w jednym łóżku. _pokiwał głową ze śmiechem.
-Nic takiego się nie stało. Nie chrapałeś. _zaśmiałam się.
-To dobrze. _uśmiechnął się.  Chwilę szliśmy w ciszy, ale cały czas męczyło mnie jedno pytanie. Nie wytrzymałam.
- Dlaczego musiałeś służyć Jasonowi? _spytałam.  Justin zatrzymał się po czym westchnął.
-Nie mogę powiedzieć... _spuścił głowę w dół.
-Mi możesz powiedzieć wszystko... wiesz o tym...
-Nie to... przepraszam. _powiedział smutno.
-Ok. jak chcesz.
-Moje dzieciństwo nie było zbyt udane... mój ojciec nas zostawił a matka została zabita...
-Dlaczego Jason ją zabił? _spytałam.
-Miał 8lat... nie wiem dlaczego to zrobił. Nikt nie wie._ powiedział patrząc w ziemię.
-Jak można zabić własną matkę?
-Nie wiem... i tak całe moje życie jest do dupy. _warknął Justin kopiąc jakiś kamień.
-Nie, wcale nie. _sprzeciwiłam się.
-Nie wiesz tego, znasz mnie pare dni..._ wyrzucił ręce w powietrze.- Nie mam pracy, rodziny ,nikogo!
-Masz mnie. _powiedziałam łapią go za ręce. Spojrzał na mnie.
-Wiem...ale jestem tylko twoim przyjacielem. A przyjaciele i tak prędzej czy później mnie zostawiają..._ stwierdził smutno.
-Nie ja. Ja nigdy cię nie zostawię._ powiedziałam lekko całując go w policzek.  –Może znam cie parę dni ale wydaje mi się jakby całe życie...
-Ja tez mam takie wrażenie... dlatego muszę cię ochronić... nie mogą nas znaleźć. _powiedział całując mnie w czubek głowy.
-Gdy dojdziemy do schroniska zadzwonię do Dave’a. _oznajmiłam.
-Ok., tylko nie z twojej komórki... nie powinnaś jej używać już nigdy. _powiedział poważnie. –A teraz się pospieszmy jeśli nie chcesz spędzić kolejnej nocy w tym lesie. _powiedział ruszając. Pobiegłam za nim.

***
Po paru godzinach doszliśmy do schroniska. Był to dwupiętrowy budynek z drewna, pomalowany na zielono. Nad drzwiami pisało SCHRONISKO DLA TURYSTÓW. Mają tu jakiś turystów? Tak blisko tych debili? Pchnęłam drewniane drzwi i weszłam do środka. Przy recepcji stał stary mężczyzna, z siwymi włosami i brodą. Był ubrany w zieloną kamizelkę i seledynową koszulę. Chciał zlać się z domem? Poczułam dłoń Justina na moim ramieniu.
-Ja to załatwię. _powiedział.
-Dobrze. _uśmiechnęłam się. Justin podszedł do lady i uśmiechnął się.
-Siemka, potrzebny nam  pokój.
-Dzień dobry. Imię i nazwiskooo..._spojrzał na Justina z szeroko otwartymi oczami. –Dlaczego pan jest bez koszulki i ma pan drut w ręce? _spytał ze zdziwieniem. 
-Em....chcemy odpocząć... napadli nas. _skłamał.
-Wezwę policję. _oznajmił sięgając do telefonu. A więc ma tu telefon. Świetnie.
-Nie trzeba... jutro wezwę nie mam teraz na to siły.
-Dobrze a więc wasze imiona i nazwiska? _spytał otwierając zeszyt.
-Eee... Louis Stwert i... Nina... Collins... _powiedział niepewnie się uśmiechając.
-Dobrze. Pokój małżeński?_ spytał patrząc na nas. Justin odwrócił się w moją stronę pytającym wzrokiem. Kiwnęłam głową na tak. Tak wiem że to dziwne ale przy nim czuję się bezpiecznie i będziemy w tym łóżku spać a nie...
Justin wziął klucz i kiwając głową poszedł w stronę schodów. Poszłam za nim. Weszliśmy na drugie piętro. Justin podszedł do pokoju nr. 69 zaśmiał się kręcąc głową,  przekręcając kluczyk otworzył pokój i weszliśmy. ? 69 co to kurde... jakiś spisek. Pokój był skromny, gorszy od tamtego w motelu. Było tu pełno kurzu. Położyłam się na łóżku mając wszystko w nosie (ładnie mówiąc). Chciałam tylko chwilkę odsapnąć.
-69..._ zaśmiał się Justin. Podniosłam głowę i spojrzałam na niego wzrokiem „nie wiem o co ci chodzi”.
-Co?_ udawałam głupią, jeśli nie wie że wiem (xd) to  nie będzie niczego próbował. Chyba.
-Nie wiesz co to za liczba?_ spytał kręcąc głową.
-Nie... normalna liczba nie wiem o co ci chodzi...
-69 to taka nazwa... _zaśmiał się.
-Aha... super. _pokręciłam głową kładąc ją z powrotem.
-Jak możesz nie wiedzieć... specjalnie wziąłem taki numer a ty nie załapałaś. Lol. _zrobił minę obłąkanego psiaka.
-Co miałam załapać? _spytałam.
-Nie ważne... _powiedział kładąc się na łóżku obok mnie.
-Co myślałeś że jak weźmiesz pokój 69 to się z tobą prześpię?  _spytałam przewracając oczami, wstałam i założyłam ręce na piersi.
-Nie! Nic takiego nie miałem na myśli! Znowu jesteś zła... nic nie zrobiłem. Pokój jak pokój.  A ty się rzucasz...
-Przepraszam... ta cała sytuacja mnie przeraża... _powiedziałam smutno, łapiąc się za głowę. - Wiem że chcesz żebym się wyluzowała.. no ale nie potrafię. Nawet nie wiem gdzie są Dave i Dina. Czy wszystko z nimi ok., wiem że się o mnie martwią, ale nic nie mogę zrobić. _powiedziałam na jednym tchu, poczułam łzy na moich policzkach. Justin wstał i podszedł do mnie. Chwycił dwoma palcami moją brodę żebym spojrzała mu w oczy.
-Wszystko będzie dobrze._ powiedział patrząc mi głęboko w oczy.
Pokiwałam głową na tak, choć wiedziałam że będzie inaczej.
-A teraz się połóż i zaśnij._ rozkazał.
-Nie chcę spać, za bardzo się boje..._ powiedziałam przełykając ślinę.
-Czego? Tych gnoi?_ spytał podnosząc jedną brew. Pokiwałam głową na tak. –Nie masz się czego bać, jestem tutaj w pełni sił do walki._ uśmiechnął się zadziornie. –Dopiero zobaczysz jaki ze mnie superman._ Zachichotał napinając mięśnie. Zaśmiałam się, a on uśmiechnął się z satysfakcją, jest taki kochany robi wszystko żeby mnie rozśmieszyć i uspokoić. Ale i tak przypominając sobie co się wydarzyło momentalnie przeszedł mnie dreszcz, Justin to zauważył bo jego mina posmutniała.
-Line... skarbie, nie bój się._ powiedział przytulając mnie do siebie. –Tej nocy będziesz spać spokojnie... obiecuje._ pocałował mnie w czubek głowy. –Nie będę spać. Będę patrzył na ciebie całą noc i nic ci się nie stanie.
-Ty też musisz spać. _powiedziałam odsuwając się. –Potrzebujesz snu, jesteś wyczerpany.
-Wytrzymam. _powiedział z uśmiechem.
-Nie Justin, musisz odpocząć i koniec. _powiedziałam pchając go w stronę łóżka.
-Dobra, dobra... _podniósł ręce w obronnym geście.
-No. _uśmiechnęłam się z satysfakcją. Justin pokręcił głową i zaczął odpinać rozporek.
-Em... co ty robisz? _spytałam wskazując palcem na jego rozporek.
-Rozbieram spodnie... śpie w bokserkach? _powiedział jakby to było oczywiste.
-Um... aha..._ powiedziałam przygryzając wargę.
-Nie bój się, nie zgwałcę cie w nocy. _zaśmiał się.
-Justin! _krzyknęłam sfrustrowana.
-No co? _spytał ze śmiechem. Został w samych czarnych bokserkach . Oblizałam usta, w mojej głowie zaczęło pojawiać się dużo niepotrzebnych myśli. Na przykład? Na przykład, że pod tymi bokserkami nic więcej już nie ma. Oblatywałam jego ciało wzrokiem, aż natknęłam się na jego piorunujące mnie oczy. Szybko się otrząsnęłam.
-Jeśli chcesz się ze mną pieprzyć po prostu to powiedz. _powiedział z łobuzerskim uśmiechem, od razu się zarumieniłam przygryzając wargę.
-Nie... ja tylko... sorki. _powiedziałam cicho.
-Tak tak... _powiedział machając ręką, a następnie kładąc się na łóżku. Spojrzałam na niego niepewnie. Patrzył w sufit. Szybko rozpięłam rozporek moich spodni i ściągnęłam je. Ułożyłam je na krześle i położyłam się obok niego.
-Nie sądziłam że jeszcze kiedyś wyląduje z tobą na jednym łóżku. _powiedziałam patrząc w sufit.
-A ja tak. _wzruszył ramionami.
-Co?_ spytałam patrząc na niego ze zdziwieniem.
-Wiedziałem że i tak cię przelecę.
-Wiesz co, jesteś dupkiem. _skwitowałam.
-Tak wiem, wszyscy mi to mówią.
-To po co się tak zachowujesz?_ spytałam podpierając się na łokciu.
-Bo to ja? _spojrzał na mnie. Pokręciłam głową.
-Ale potrafisz być też nie dupkiem. _zaśmiałam się. –Jesteś wtedy... nawet cudowny._powiedziałam przygryzając wnętrze policzka.
-Hmm.. a kiedy taki jestem? _spytał flirtującym głosem.
-Niech pomyślę...jak chcesz mnie bronić, albo pocieszasz... wtedy jesteś cudownym Justinem. _zaśmiałam się.
-A jeśli tego nie robie nie jestem cudowny? Muszę cały czas zgrywać bohatera? _spytał patrząc na mnie.
-Nie, nie musisz... źle mnie zrozumiałeś... nie ważne._ pokręciłam głową.
-Śpij już. Jutro musimy się stąd wynieś. _powiedział gasząc światło.
-Dobranoc. _powiedziałam odwracając się na bok.
-Dobranoc._ odpowiedział.

***
Ciemny zaułek. Moje serce biło mocno. Czułam że tracę siły. W mojej ręce był drut. Po mojej koszulce spływała krew. Biegłam szybciej. Nagle dostrzegłam światło na końcu ulicy. Jakaś osoba stałą tam i paliła papierosa.
-Halo! Pomocy!_ krzyczałam. Osoba spojrzała na mnie, zgasiła papierosa i zaczęła biec w moim kierunku. Poczułam strach. Zaczęłam się cofać. Po chwili para silnych rąk złapała mnie.

Echo... odbijało się w mojej głowie. Słowa „już nie żyjesz” brzmiały jak mroczna melodia. Nagle obraz stał się wyraźny. Nade mną stało dwóch ludzi w kapturach. Wystraszyłam się.  Porwali mnie. Mają mnie. To koniec.
-Wreszcie cię mamy! _krzyknął jeden z nich.
-Zobacz jaki plan zaplanował dla ciebie los. _wskazał ręką na okno. Wyjrzałam przez nie. Nie widziałam wyraźnie. Przyglądając się uważniej dostrzegłam coś co mną wstrząsnęło.. Justin wisiał na drzewie, na linie... krew lała się z jego głowy. Nie żył. Jego ciało było sine. Poczułam jak nogi mi się uginają. Zaczęłam słabnąć.
-Nieeeeeeeeeee! _krzyknęłam, upadając z płaczem na kolana.
*

Usiadłam w sekundzie, szybko oddychając. Byłam w schronisku. Odetchnęłam z ulgą.  Po chwili poczułam czyjąś rękę na moich plecach. Drgnęłam ze strachu, ale zobaczyłam że to Justin.
-Co się stało? _spytał ospałym, zachrypłym głosem.
-Nie...nic...śpij. _szepnęłam trzęsąc się.
-Zły sen?_ spytał z troską.
-Tak...
-Choć tutaj..._ powiedział wyciągając ramiona. Przysunęłam się do niego i wtuliłam w jego klatkę piersiową. Owinął swoje ręce wokół mojego ciała. W jego ramionach czułam że nic mi nie grozi. To było cudowne.
-Co ci się śniło? _spytał głaskając moje plecy ręką.
-Że mnie gonili, potem porwali a na końcu... _te słowa nie chciały mi przejść przez gardło. –Zobaczyłam ciebie martwego, wisiałeś na linie... _mój głos zadrżał.
-Głupi sen... nie przejmuj się. _pocałował mnie w czubek głowy. Lubię jak to robi.
-Wiem. _wymamrotałam.
-Jestem przy tobie i zawszę będę. _szepnął mi we włosy. Wtuliłam się w niego jeszcze bardziej jeśli to wg. możliwe. Zasnęłam.
------------------------------------------------------------------------------------------------

Tak wiem że słowo przepraszam jest najczęściej używanym przeze mnie słowem ale...
przepraszam że ta długo nie było rozdziału. 
Było teraz bardzo dużo popraw więc nie miałam czasu. 
Mam nadzieje że się nie gniewacie ;p
*
Słodko się dzieje :* a to dopiero początek <3 
nowa bohaterka zobaczcie w tym poście ---> LINK
proszę o komenty... jeśli czytacie skomentujcie jakkolwiek proszeeee....
dla mnie znaczy to wiele...
@haniabiebs

wtorek, 28 maja 2013

10. To jeszcze nie koniec...



Zamknął oczy i zasnął. Wpatrywałam się w niego przez długi czas. Był najprzystojniejszym chłopakiem jakiego kiedykolwiek widziałam. Gładziłam jego policzek ręką i uśmiechałam się do siebie. Miałam różne myśli w głowie. Czy gdybym go nie spotkała to zabiłby mnie ktoś inny z ich „firmy”? Czyli zawdzięczam mu życie? Może przeżyłam koszmar, bo nigdy nie zostałam porwana, ale on przeżył piekło. Jest naprawdę dzielny. Myślę sobie... czy ja się w nim zakochałam? Nadal gładziłam jego policzek i nagle zauważyłam że lekko się uśmiecha przez sen. Przypomniałam sobie co mi powiedział. „Podobasz mi się” i dodał też że jeśli on to mówi to jest coś na rzeczy. Czy taki związek by przetrwał? Ale mój brat nie byłby z tego zadowolony. Zawsze robił wszystko aby skończyć moje związki. Ostatnim moim chłopakiem był Tom Hichs. Był starszy ode mnie o 3 lata i to z nim przeżyłam swój pierwszy raz. Nie wspominam pierwszego razu  dobrze... wcale go nie chciałam. Postawił mi ultimatum albo to z nim zrobię albo koniec z nami. Kochałam go i to był mój błąd. Justin jęknął przez sen przywracając mnie do rzeczywistości i odwrócił głowę na bok. Przybliżyłam się do jego twarzy i pocałowałam go delikatnie w czoło.
-Hm... co robisz? _spytał otwierając jedno oko. Szybko podniosłam głowę i dałam włosy za ucho czując się lekko skrępowana.
-Ja... nic. _powiedziałam potrząsając głową.
-To miłe. _powiedział lekko się uśmiechając.
-Czujesz się lepiej? _spytałam z troską.
-Tak, znacznie lepiej... jak uciekliśmy? Nie sadziłem że jeszcze cię zobaczę.
-Pomógł nam ktoś. _powiedziałam przygryzając wargę.
-Kto? _spytał marszcząc brwi.
-Canon... Souh2. _odpowiedziałam.
-Ah... zabiją go teraz. _powiedział, a ja szeroko otworzyłam oczy.
-Nie, nie wiedzą że nam pomógł. _powiedziałam pewnie.
-Serio? No to cię zmartwię... oni wiedzą wszystko.
-No ale jakoś nie wiedzą że tu jesteśmy. _powiedziałam zakładając ręce na piersi.
-Jeszcze. _podkreślił po czym spojrzał na swoje ciało. –Ale mnie załatwili. Kurwa co to? Mam drut? Drut w ręce? _spytał spoglądając na mnie z szeroko otwartymi oczami.
-Tak...ale jakim cudem jesteś przytomny... no przecież... jakim cudem mówisz? Jakim cudem...
-Dość. Mówiłem już że jestem dzielny. _przerwał mi rzucając mi ostre spojrzenie.
-Wiem..._ spojrzałam w dół. –Jesteś dzielny... ja nie przeżyłabym nawet połowy z tego co ty...
-Nigdy nie będziesz musiała...ach no i przepraszam za pocałunek. Wiem że nie powinienem cię całować bez twojej zgody. Myślałem że czujesz to samo. Jeszcze raz przepraszam..._ powiedział smutno.
-Nie przepraszaj, to nic. _uśmiechnęłam się.
-Wiem że tak mówisz bo jest ci mnie teraz żal. Normalnie to pewnie byś się obraziła...
-Daj spokój Justin... _powiedziałam kręcąc głową.- Pobiegłam za tobą i jestem przy tobie.
-No tak...ale powiedz mi ile dla ciebie znaczę? _ spytał pewnie. Nie wiedziałam co powiedzieć... nie chciałam skłamać. Czuję coś do niego tylko jeszcze nie wiem co.
-Justin... nie wiem co powiedzieć. _powiedziałam bawiąc się palcami.
-Line, po prostu powiedz...
Przygryzłam wargę i westchnęłam.  Nie wiedziałam co zrobić, byłam w kompletnej kresce.
-Jak widzisz nie jesteś mi obojętny... _zaczęłam a on zmarszczył brwi. – Po prostu miałam chłopaka twojego pokroju i teraz boje się...
-Co to znaczy mojego pokroju? _spytał podnosząc jedną brew.
-Gangstera... który zmieniał dziewczyny jak rękawiczki... _odwróciłam głowę.
-Skąd wiesz że zmieniam dziewczyny jak rękawiczki? _spytał podejrzliwie.
-Nie wiem, po prostu tak uważam po twoim zachowaniu. I sam powiedziałeś że pieprzysz każdą napotkaną dziewczynę.
-Jeżeli nie jest dziwką. _dodał.
-No sam widzisz. _powiedziałam zakładając ręce na piersi.
-Tylko że twoje uczucia do mnie nie mają nic wspólnego z moją przeszłością... ja pytam co teraz i ty do mnie czujesz? Nie mówię że masz mnie kochać. Nie wierzę w miłość. _ skrzywił się.
-Nie wiem... _wymamrotałam.
-Lubisz mnie, masz mnie za dupka jak twój brat albo uważasz że zniszczyłem ci życie. Cokolwiek.
-Lubie cie i nie nie mam cię za dupka... no może czasami. _odpowiedziałam a on rzucił mi chłodne spojrzenie. –I... uratowałeś mi życie, nie zniszczyłeś go.
-Uratowałem? Przecież to dzięki tobie żyjemy...
-Gdybyś mnie wtedy zabił miałbyś spokój, ale nie zrobiłeś tego.
-Dobra, zakończmy już tą głupią rozmowę... teraz mi  powiedz jaki masz plan?
-Hm? _spytałam nie rozumiejąc.
-Jak się stąd wydostaniemy?_ spytał podnosząc jedną brew.
-Nie wiem. Nawet nie wiem gdzie jesteśmy.
-Jak to kurwa nie wiesz gdzie jesteśmy? _ spytał siadając.
-No bo Canon nas tu przywiózł no i powiedział że nie wie gdzie jesteśmy ale tutaj jest bezpiecznie...
-Aha nie wie gdzie jesteśmy ale jest bezpiecznie?_ w jego głosie słychać było złość.
-Daj spokój, o co ci chodzi? Nie cieszysz się że żyjemy tylko marudzisz...
-Dobra. _warknął po czym położył się i odwrócił plecami do mnie. Westchnęłam.
-Idę poszukać czegoś do jedzenia. _powiedziałam wstając.
-Tak, otruj nas jeszcze!
-Jak nie chcesz to nie będziesz jadł! _powiedziałam schodząc po szczeblach na dół.  Zeskoczyłam z ostatniego i rozglądnęłam się po lesie. Dużo drzew, krzaków a poza tym nic tu nie było. Mój brzuch strasznie burczał. Nie jadłam nic w McDonaldzie, nie jadłam nic w sumie przez parę dni. Spuściłam głowę w rozczarowaniu. Nie znajdę tu jedzenia, na pewno. Weszłam z powrotem do domku na drzewie. Justin nadal leżał plecami do mnie, spojrzałam na jego rękę i gdy drut przypomniał mi wszystko zakręciło mi się w głowie.  Upadłam na kolana chowając głowę w dłoniach. Nie potrafiłam się powstrzymać od płaczu, myśl że od śmierci dzieliło nas tak niewiele przerażała mnie. Nagle na swoim udzie poczułam czyjąś dłoń. Wzięłam ręce z twarzy i zapłakanym wzrokiem spojrzałam na Justina.
-Nie płacz... _powiedział z troską.
-Przepraszam... wiem że jestem mięczakiem. _powiedziałam kręcąc głową.
-Nie przepraszaj... _gładził moje udo dłonią. –po prostu nie lubie jak płaczesz.
-Musimy się stąd wydostać. Ten drut w twojej ręce...
-Nie martw się o to. _przerwał mi.
-Justin kiedy ty wreszcie zrozumiesz że zawsze będę się o ciebie martwić?! _krzyknęłam sfrustrowana.
-Dlaczego tak się martwisz? Przecież wszystko ze mną ok.
-Nie, nie jest...  jesteś w złym stanie i nie wiem jakim cudem normalnie funkcjonujesz, ale... _spojrzałam na jego tors, rany prawie znikły. To dziwne, bardzo dziwne. Rany nie znikają z dnia na dzień. Do tego potrzeba tygodni, a nawet miesięcy. Zawsze zostaną jakieś blizny. A Justin miał lekkie zadrapania.
-Co jest? Wyglądasz jakbyś zobaczyła ducha. _ powiedział z lekkim uśmiechem.
-Twoje rany. _wskazałam palcem na jego klatkę piersiową.
-Co z nimi? _spytał patrząc na swoje ciało.
-Nie ma ich. _powiedziałam niedowierzając.
-No... to źle? _spytał wzruszając ramionami.
-To dobrze... tylko to nie normalne...
-Wszystko w moim życiu takie jest kochanie. _powiedział ze swoim zadziornym uśmieszkiem. Na twarzy też było już prawie w porządku. Wyglądał już lepiej, nie tak blado i sino. Gdyby nie ten drut byłoby ok.
-Justin, dlaczego zdrowiejesz szybciej... _powiedziałam powoli, wędrując wzrokiem po jego ciele.
-Nie wiem. Bo jestem wyjątkowy. _uśmiechnął się łobuzersko.
-Brakowało mi tego.
-Ale czego? _spytał nie rozumiejąc.
-Twojego uśmiechu... tego zadziornego uśmiechu. _odpowiedziałam, a on uśmiechnął się ponownie.
-Nie chce psuć tak słodkiej chwili... ale jestem cholernie głodny. _powiedział, a ja przypomniałam sobie jak mnie wkurza.
-Nie mam jedzenia. _powiedziałam kładąc się.
-No ale ile tu jeszcze będziemy? _spytał rozglądając się.
-Nie wiem Justin, nie zależy to ode mnie.
-To od kogo? _spytał podnosząc jedną brew.
-Tak właściwie to nie wiem... _powiedziałam siadając. Nagle usłyszałam strzał, spojrzałam na Justina jego oczy były szeroko otwarte.
-Idą po nas. _odpowiedział z przerażeniem w głosie. Po jego słowach strach przeszył moje ciało i został w nim. Moje serce przyspieszyło a nogi zaczęły dygotać.
-Nie, nie możemy...z..znowu..tam trafić. _powiedziałam jąkając się.
-I nie trafimy! _powiedział łapiąc mnie za ramiona. –Uciekniemy im.
-Jak chcesz to zrobić? Nawet nie wiemy dokąd! _powiedziałam czując łzy. Znowu.
-Gdziekolwiek! Gdzieś przecież musi być jakieś miasto! _krzyknął wstając. Podał mi rękę, złapałam ją i wstałam. Szybko zeszliśmy na dół i nagle usłyszałam wycie psa.
-Justin... _powiedziałam przytulając się do jego ręki. Rozejrzał się i przymrużył oczy.
-Kurwa... tylko nie to. _powiedział a ja zamarłam.
-Co...ale co? _spytałam trzęsąc się.
-To nie zwykłe psy... tylko mieszanki, oni robią różne eksperymenty. To może być nawet mieszanka psa z niedźwiedziem... te chuje zrobią wszystko żeby nas wykończyć! _powiedział zaciskając pięść.
-Boje się... _wyjąkałam.
-Nie zdołamy im uciec ale możemy się ukryć. Cholera... wyczują nas. _złapał się za włosy.
-To co teraz? _spytałam rozglądając się.
-Musimy szybko coś wymyślić bo inaczej... zginiemy. _powiedział przełykając ślinę.
-Uciekajmy! Nic innego nie zrobimy! _krzyczałam szarpiąc go za rękę.
-Nie uciekniemy im. Szybko nas znajdą z tymi psami. A poza tym mają motory,  auta i inne gówna. A my jesteśmy pieszo. Bez szans.
-To co będziemy tu stać i czekać aż po nas przyjdą?! _spytałam z niedowierzaniem.
-Nie wiem...
-Dość tego! Zadzwonię po Dave’a! _krzyknęłam wyciągając telefon z kieszeni.
-Nie! _złapał mnie za rękę. –Namierzą nas.
-Justin...to  wymyśl coś, cokolwiek. _powiedziałam chowając telefon.
-Dobra... biegniemy przed siebie. Jeśli nas złapią... to wiesz że to będzie koniec. _powiedział odchylając głowę w tył.
-Spróbujmy... _powiedziałam ruszając. Justin ruszył za mną. Biegłam szybko jak nigdy, czułam że strach paraliżuje moje ciało. Musiałam o tym zapomnieć. To był bieg tylko mój i Justina. Nikt nas nie goni i nic nam nie grozi. Biegliśmy dalej, nagle usłyszałam kolejne  wycie psa. Przez moje ciało przeszły ciarki .Odwróciłam głowę nadal biegnąc i po chwili potknęłam się o kamień. Moje ciało przewróciło się na ziemie robiąc fikołka, byłam w lekkim szoku. Poczułam ból w nodze, tak cholerny ból.
-Wszystko w porządku? _spytał Justin kucając przy mnie. Kiwnęłam głową w stronę stopy. Justin spojrzał na nią i ściągnął mi buta i skarpetkę. Przyjrzał się jej dokładniej i ruszył nią delikatnie przez co syknęłam.
-Jest zwichnięta._ stwierdził.
-Dobra to nie ma sensu. Biegnij dalej, to i tak przeze mnie cię ścigają. _powiedziałam łapiąc się za nogę.
-Nie zachowuj się jak w tyk głupich filmach. Wiesz dobrze że cie nie zostawię. _powiedział wkładając mi jedną rękę pod zgięcie kolan a drugą pod plecy. Owinęłam mu ręce wokół szyi.  Podniósł mnie i zaczął biec. To było takie ekstra, pomijając to że ściga nas morderca albo to że cholernie boli mnie stopa. Czułam się jak Bella ze Zmierzchu. Tylko że to nie był film. Psy było słychać coraz wyraźniej. A Justin biegł coraz wolniej, próbował przyspieszyć ale biegł już dość sporo czasu.  Sceneria się nie zmieniała nadal byliśmy w głupim lesie.
-Tamto miejsce miało być bezpieczne... _powiedział Justin dysząc.
-Miało, ale widocznie nie było jak widać.
-Może Canon to zaplanował. Może oni wszyscy to zaplanowali, że jak poczuję się lepiej to po torturują mnie jeszcze raz. _zatrzymał się.
-Przecież on nam pomógł! _krzyknęłam.
-Line jesteś taka naiwna! _krzyknął łapiąc się za włosy.
-A ty myślisz że wszyscy są źli i mają wobec ciebie spisek! Nie widzisz że są na świecie też dobrzy ludzie! _ podeszłam do niego bliżej próbując nie stawać na zwichniętej nodze. Oparłam mu rękę na ramieniu. – Dlaczego tak jest Justin?_ spytałam patrząc mu w oczy.
-Bo tak już jest i tyle ok.?_ powiedział odwracając się ode mnie. –Nie przeżyjemy...
Gdy Justin oznajmił że nie przeżyjemy straciłam nadzieje. Nie chciałam umrzeć, nie po tym jak uciekliśmy. W mojej głowie było wiele nowych planów. Śmierć nigdy nie czaiła się tak blisko jak przez ostatnie pare dni.
-Nic już nie zrobimy? _spytałam cicho, spuszczając głowę w dół.
-Nie sądzę... ten las ciągnie się jeszcze przez parędziesiąt kilometrów... _ powiedział bez emocji. Po chwili poczułam jak niepewnie owija ręce wokół moich ramion. –Przepraszam Line... przepraszam że nie uchroniłem cię przed tym... _powiedział całując mnie w głowę.
-Nie Justin... to nie twoja wina. _wyjąkałam. Wycie psa było coraz głośniejsze. Podniosłam głowę patrząc mu w oczy. –Dziękuje że mnie wtedy nie zabiłeś...
-Ale teraz umrzesz w cierpieniu... oni nie zabiją cię od razu... obiecałem ci że nie przeżyjesz tego co ja... tak mi przykro. _pokiwał głową.
-Justin... _położyłam rękę na jego policzku, a on spojrzał na mnie swoimi dużymi miodowymi oczami. –Nie martw się... jeśli umrę to z uśmiechem bo poznałam kogoś takiego jak ty... _uśmiechnęłam się a on zmarszczył brwi.
-Czyli... co? _spytał a ja uśmiechnęłam się szerzej.
-Czyli mnie pocałuj, teraz. _powiedziałam pewnie. Nie musiałam długo czekać bo Justin naparł swoimi ustami na moje. Wplotłam rękę w jego włosy oddając się przyjemności. Przysunął mnie bliżej siebie. Przejechał językiem po mojej dolnej wardze prosząc o pozwolenie. Otworzyłam usta bez wahania, nasze języki toczyły walkę ale żaden z nich nie chciał wygrać. Po moim policzku spłynęła łza. Justin ją poczuł bo się odsunął.
-Nie płacz... proszę nie płacz..._ powiedział smutno ocierając kciukiem moją łze.
-Nie mogę... boję się śmierci... _powiedziałam przez płacz a Justin przytulił mnie mocno.
-Chciałbym coś zrobić, tak cholernie bym chciał...
-Wiem Justin..._ podciągnęłam nosem, nagle Justin się odsunął a ja popatrzyłam na niego, miał szeroko otwarte oczy. Odwróciłam się. Oni już tu byli...
-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Ale rozdział *o* znowu ich znaleźli... ale pocałunek smkfdvnd może coś z tego bd ;p 

**
przeeeepraszam wiem wiem rozdział miał być już w piątek albo w weekend ale sie nie wyrobiłam...  mam nadzieje że warto było czekać <3 dziekuje za wszystkie komentarze i prosze dodawajcie kolejne to wiele dla mnie znaczy ;* 
@haniabiebs