wtorek, 28 maja 2013

10. To jeszcze nie koniec...



Zamknął oczy i zasnął. Wpatrywałam się w niego przez długi czas. Był najprzystojniejszym chłopakiem jakiego kiedykolwiek widziałam. Gładziłam jego policzek ręką i uśmiechałam się do siebie. Miałam różne myśli w głowie. Czy gdybym go nie spotkała to zabiłby mnie ktoś inny z ich „firmy”? Czyli zawdzięczam mu życie? Może przeżyłam koszmar, bo nigdy nie zostałam porwana, ale on przeżył piekło. Jest naprawdę dzielny. Myślę sobie... czy ja się w nim zakochałam? Nadal gładziłam jego policzek i nagle zauważyłam że lekko się uśmiecha przez sen. Przypomniałam sobie co mi powiedział. „Podobasz mi się” i dodał też że jeśli on to mówi to jest coś na rzeczy. Czy taki związek by przetrwał? Ale mój brat nie byłby z tego zadowolony. Zawsze robił wszystko aby skończyć moje związki. Ostatnim moim chłopakiem był Tom Hichs. Był starszy ode mnie o 3 lata i to z nim przeżyłam swój pierwszy raz. Nie wspominam pierwszego razu  dobrze... wcale go nie chciałam. Postawił mi ultimatum albo to z nim zrobię albo koniec z nami. Kochałam go i to był mój błąd. Justin jęknął przez sen przywracając mnie do rzeczywistości i odwrócił głowę na bok. Przybliżyłam się do jego twarzy i pocałowałam go delikatnie w czoło.
-Hm... co robisz? _spytał otwierając jedno oko. Szybko podniosłam głowę i dałam włosy za ucho czując się lekko skrępowana.
-Ja... nic. _powiedziałam potrząsając głową.
-To miłe. _powiedział lekko się uśmiechając.
-Czujesz się lepiej? _spytałam z troską.
-Tak, znacznie lepiej... jak uciekliśmy? Nie sadziłem że jeszcze cię zobaczę.
-Pomógł nam ktoś. _powiedziałam przygryzając wargę.
-Kto? _spytał marszcząc brwi.
-Canon... Souh2. _odpowiedziałam.
-Ah... zabiją go teraz. _powiedział, a ja szeroko otworzyłam oczy.
-Nie, nie wiedzą że nam pomógł. _powiedziałam pewnie.
-Serio? No to cię zmartwię... oni wiedzą wszystko.
-No ale jakoś nie wiedzą że tu jesteśmy. _powiedziałam zakładając ręce na piersi.
-Jeszcze. _podkreślił po czym spojrzał na swoje ciało. –Ale mnie załatwili. Kurwa co to? Mam drut? Drut w ręce? _spytał spoglądając na mnie z szeroko otwartymi oczami.
-Tak...ale jakim cudem jesteś przytomny... no przecież... jakim cudem mówisz? Jakim cudem...
-Dość. Mówiłem już że jestem dzielny. _przerwał mi rzucając mi ostre spojrzenie.
-Wiem..._ spojrzałam w dół. –Jesteś dzielny... ja nie przeżyłabym nawet połowy z tego co ty...
-Nigdy nie będziesz musiała...ach no i przepraszam za pocałunek. Wiem że nie powinienem cię całować bez twojej zgody. Myślałem że czujesz to samo. Jeszcze raz przepraszam..._ powiedział smutno.
-Nie przepraszaj, to nic. _uśmiechnęłam się.
-Wiem że tak mówisz bo jest ci mnie teraz żal. Normalnie to pewnie byś się obraziła...
-Daj spokój Justin... _powiedziałam kręcąc głową.- Pobiegłam za tobą i jestem przy tobie.
-No tak...ale powiedz mi ile dla ciebie znaczę? _ spytał pewnie. Nie wiedziałam co powiedzieć... nie chciałam skłamać. Czuję coś do niego tylko jeszcze nie wiem co.
-Justin... nie wiem co powiedzieć. _powiedziałam bawiąc się palcami.
-Line, po prostu powiedz...
Przygryzłam wargę i westchnęłam.  Nie wiedziałam co zrobić, byłam w kompletnej kresce.
-Jak widzisz nie jesteś mi obojętny... _zaczęłam a on zmarszczył brwi. – Po prostu miałam chłopaka twojego pokroju i teraz boje się...
-Co to znaczy mojego pokroju? _spytał podnosząc jedną brew.
-Gangstera... który zmieniał dziewczyny jak rękawiczki... _odwróciłam głowę.
-Skąd wiesz że zmieniam dziewczyny jak rękawiczki? _spytał podejrzliwie.
-Nie wiem, po prostu tak uważam po twoim zachowaniu. I sam powiedziałeś że pieprzysz każdą napotkaną dziewczynę.
-Jeżeli nie jest dziwką. _dodał.
-No sam widzisz. _powiedziałam zakładając ręce na piersi.
-Tylko że twoje uczucia do mnie nie mają nic wspólnego z moją przeszłością... ja pytam co teraz i ty do mnie czujesz? Nie mówię że masz mnie kochać. Nie wierzę w miłość. _ skrzywił się.
-Nie wiem... _wymamrotałam.
-Lubisz mnie, masz mnie za dupka jak twój brat albo uważasz że zniszczyłem ci życie. Cokolwiek.
-Lubie cie i nie nie mam cię za dupka... no może czasami. _odpowiedziałam a on rzucił mi chłodne spojrzenie. –I... uratowałeś mi życie, nie zniszczyłeś go.
-Uratowałem? Przecież to dzięki tobie żyjemy...
-Gdybyś mnie wtedy zabił miałbyś spokój, ale nie zrobiłeś tego.
-Dobra, zakończmy już tą głupią rozmowę... teraz mi  powiedz jaki masz plan?
-Hm? _spytałam nie rozumiejąc.
-Jak się stąd wydostaniemy?_ spytał podnosząc jedną brew.
-Nie wiem. Nawet nie wiem gdzie jesteśmy.
-Jak to kurwa nie wiesz gdzie jesteśmy? _ spytał siadając.
-No bo Canon nas tu przywiózł no i powiedział że nie wie gdzie jesteśmy ale tutaj jest bezpiecznie...
-Aha nie wie gdzie jesteśmy ale jest bezpiecznie?_ w jego głosie słychać było złość.
-Daj spokój, o co ci chodzi? Nie cieszysz się że żyjemy tylko marudzisz...
-Dobra. _warknął po czym położył się i odwrócił plecami do mnie. Westchnęłam.
-Idę poszukać czegoś do jedzenia. _powiedziałam wstając.
-Tak, otruj nas jeszcze!
-Jak nie chcesz to nie będziesz jadł! _powiedziałam schodząc po szczeblach na dół.  Zeskoczyłam z ostatniego i rozglądnęłam się po lesie. Dużo drzew, krzaków a poza tym nic tu nie było. Mój brzuch strasznie burczał. Nie jadłam nic w McDonaldzie, nie jadłam nic w sumie przez parę dni. Spuściłam głowę w rozczarowaniu. Nie znajdę tu jedzenia, na pewno. Weszłam z powrotem do domku na drzewie. Justin nadal leżał plecami do mnie, spojrzałam na jego rękę i gdy drut przypomniał mi wszystko zakręciło mi się w głowie.  Upadłam na kolana chowając głowę w dłoniach. Nie potrafiłam się powstrzymać od płaczu, myśl że od śmierci dzieliło nas tak niewiele przerażała mnie. Nagle na swoim udzie poczułam czyjąś dłoń. Wzięłam ręce z twarzy i zapłakanym wzrokiem spojrzałam na Justina.
-Nie płacz... _powiedział z troską.
-Przepraszam... wiem że jestem mięczakiem. _powiedziałam kręcąc głową.
-Nie przepraszaj... _gładził moje udo dłonią. –po prostu nie lubie jak płaczesz.
-Musimy się stąd wydostać. Ten drut w twojej ręce...
-Nie martw się o to. _przerwał mi.
-Justin kiedy ty wreszcie zrozumiesz że zawsze będę się o ciebie martwić?! _krzyknęłam sfrustrowana.
-Dlaczego tak się martwisz? Przecież wszystko ze mną ok.
-Nie, nie jest...  jesteś w złym stanie i nie wiem jakim cudem normalnie funkcjonujesz, ale... _spojrzałam na jego tors, rany prawie znikły. To dziwne, bardzo dziwne. Rany nie znikają z dnia na dzień. Do tego potrzeba tygodni, a nawet miesięcy. Zawsze zostaną jakieś blizny. A Justin miał lekkie zadrapania.
-Co jest? Wyglądasz jakbyś zobaczyła ducha. _ powiedział z lekkim uśmiechem.
-Twoje rany. _wskazałam palcem na jego klatkę piersiową.
-Co z nimi? _spytał patrząc na swoje ciało.
-Nie ma ich. _powiedziałam niedowierzając.
-No... to źle? _spytał wzruszając ramionami.
-To dobrze... tylko to nie normalne...
-Wszystko w moim życiu takie jest kochanie. _powiedział ze swoim zadziornym uśmieszkiem. Na twarzy też było już prawie w porządku. Wyglądał już lepiej, nie tak blado i sino. Gdyby nie ten drut byłoby ok.
-Justin, dlaczego zdrowiejesz szybciej... _powiedziałam powoli, wędrując wzrokiem po jego ciele.
-Nie wiem. Bo jestem wyjątkowy. _uśmiechnął się łobuzersko.
-Brakowało mi tego.
-Ale czego? _spytał nie rozumiejąc.
-Twojego uśmiechu... tego zadziornego uśmiechu. _odpowiedziałam, a on uśmiechnął się ponownie.
-Nie chce psuć tak słodkiej chwili... ale jestem cholernie głodny. _powiedział, a ja przypomniałam sobie jak mnie wkurza.
-Nie mam jedzenia. _powiedziałam kładąc się.
-No ale ile tu jeszcze będziemy? _spytał rozglądając się.
-Nie wiem Justin, nie zależy to ode mnie.
-To od kogo? _spytał podnosząc jedną brew.
-Tak właściwie to nie wiem... _powiedziałam siadając. Nagle usłyszałam strzał, spojrzałam na Justina jego oczy były szeroko otwarte.
-Idą po nas. _odpowiedział z przerażeniem w głosie. Po jego słowach strach przeszył moje ciało i został w nim. Moje serce przyspieszyło a nogi zaczęły dygotać.
-Nie, nie możemy...z..znowu..tam trafić. _powiedziałam jąkając się.
-I nie trafimy! _powiedział łapiąc mnie za ramiona. –Uciekniemy im.
-Jak chcesz to zrobić? Nawet nie wiemy dokąd! _powiedziałam czując łzy. Znowu.
-Gdziekolwiek! Gdzieś przecież musi być jakieś miasto! _krzyknął wstając. Podał mi rękę, złapałam ją i wstałam. Szybko zeszliśmy na dół i nagle usłyszałam wycie psa.
-Justin... _powiedziałam przytulając się do jego ręki. Rozejrzał się i przymrużył oczy.
-Kurwa... tylko nie to. _powiedział a ja zamarłam.
-Co...ale co? _spytałam trzęsąc się.
-To nie zwykłe psy... tylko mieszanki, oni robią różne eksperymenty. To może być nawet mieszanka psa z niedźwiedziem... te chuje zrobią wszystko żeby nas wykończyć! _powiedział zaciskając pięść.
-Boje się... _wyjąkałam.
-Nie zdołamy im uciec ale możemy się ukryć. Cholera... wyczują nas. _złapał się za włosy.
-To co teraz? _spytałam rozglądając się.
-Musimy szybko coś wymyślić bo inaczej... zginiemy. _powiedział przełykając ślinę.
-Uciekajmy! Nic innego nie zrobimy! _krzyczałam szarpiąc go za rękę.
-Nie uciekniemy im. Szybko nas znajdą z tymi psami. A poza tym mają motory,  auta i inne gówna. A my jesteśmy pieszo. Bez szans.
-To co będziemy tu stać i czekać aż po nas przyjdą?! _spytałam z niedowierzaniem.
-Nie wiem...
-Dość tego! Zadzwonię po Dave’a! _krzyknęłam wyciągając telefon z kieszeni.
-Nie! _złapał mnie za rękę. –Namierzą nas.
-Justin...to  wymyśl coś, cokolwiek. _powiedziałam chowając telefon.
-Dobra... biegniemy przed siebie. Jeśli nas złapią... to wiesz że to będzie koniec. _powiedział odchylając głowę w tył.
-Spróbujmy... _powiedziałam ruszając. Justin ruszył za mną. Biegłam szybko jak nigdy, czułam że strach paraliżuje moje ciało. Musiałam o tym zapomnieć. To był bieg tylko mój i Justina. Nikt nas nie goni i nic nam nie grozi. Biegliśmy dalej, nagle usłyszałam kolejne  wycie psa. Przez moje ciało przeszły ciarki .Odwróciłam głowę nadal biegnąc i po chwili potknęłam się o kamień. Moje ciało przewróciło się na ziemie robiąc fikołka, byłam w lekkim szoku. Poczułam ból w nodze, tak cholerny ból.
-Wszystko w porządku? _spytał Justin kucając przy mnie. Kiwnęłam głową w stronę stopy. Justin spojrzał na nią i ściągnął mi buta i skarpetkę. Przyjrzał się jej dokładniej i ruszył nią delikatnie przez co syknęłam.
-Jest zwichnięta._ stwierdził.
-Dobra to nie ma sensu. Biegnij dalej, to i tak przeze mnie cię ścigają. _powiedziałam łapiąc się za nogę.
-Nie zachowuj się jak w tyk głupich filmach. Wiesz dobrze że cie nie zostawię. _powiedział wkładając mi jedną rękę pod zgięcie kolan a drugą pod plecy. Owinęłam mu ręce wokół szyi.  Podniósł mnie i zaczął biec. To było takie ekstra, pomijając to że ściga nas morderca albo to że cholernie boli mnie stopa. Czułam się jak Bella ze Zmierzchu. Tylko że to nie był film. Psy było słychać coraz wyraźniej. A Justin biegł coraz wolniej, próbował przyspieszyć ale biegł już dość sporo czasu.  Sceneria się nie zmieniała nadal byliśmy w głupim lesie.
-Tamto miejsce miało być bezpieczne... _powiedział Justin dysząc.
-Miało, ale widocznie nie było jak widać.
-Może Canon to zaplanował. Może oni wszyscy to zaplanowali, że jak poczuję się lepiej to po torturują mnie jeszcze raz. _zatrzymał się.
-Przecież on nam pomógł! _krzyknęłam.
-Line jesteś taka naiwna! _krzyknął łapiąc się za włosy.
-A ty myślisz że wszyscy są źli i mają wobec ciebie spisek! Nie widzisz że są na świecie też dobrzy ludzie! _ podeszłam do niego bliżej próbując nie stawać na zwichniętej nodze. Oparłam mu rękę na ramieniu. – Dlaczego tak jest Justin?_ spytałam patrząc mu w oczy.
-Bo tak już jest i tyle ok.?_ powiedział odwracając się ode mnie. –Nie przeżyjemy...
Gdy Justin oznajmił że nie przeżyjemy straciłam nadzieje. Nie chciałam umrzeć, nie po tym jak uciekliśmy. W mojej głowie było wiele nowych planów. Śmierć nigdy nie czaiła się tak blisko jak przez ostatnie pare dni.
-Nic już nie zrobimy? _spytałam cicho, spuszczając głowę w dół.
-Nie sądzę... ten las ciągnie się jeszcze przez parędziesiąt kilometrów... _ powiedział bez emocji. Po chwili poczułam jak niepewnie owija ręce wokół moich ramion. –Przepraszam Line... przepraszam że nie uchroniłem cię przed tym... _powiedział całując mnie w głowę.
-Nie Justin... to nie twoja wina. _wyjąkałam. Wycie psa było coraz głośniejsze. Podniosłam głowę patrząc mu w oczy. –Dziękuje że mnie wtedy nie zabiłeś...
-Ale teraz umrzesz w cierpieniu... oni nie zabiją cię od razu... obiecałem ci że nie przeżyjesz tego co ja... tak mi przykro. _pokiwał głową.
-Justin... _położyłam rękę na jego policzku, a on spojrzał na mnie swoimi dużymi miodowymi oczami. –Nie martw się... jeśli umrę to z uśmiechem bo poznałam kogoś takiego jak ty... _uśmiechnęłam się a on zmarszczył brwi.
-Czyli... co? _spytał a ja uśmiechnęłam się szerzej.
-Czyli mnie pocałuj, teraz. _powiedziałam pewnie. Nie musiałam długo czekać bo Justin naparł swoimi ustami na moje. Wplotłam rękę w jego włosy oddając się przyjemności. Przysunął mnie bliżej siebie. Przejechał językiem po mojej dolnej wardze prosząc o pozwolenie. Otworzyłam usta bez wahania, nasze języki toczyły walkę ale żaden z nich nie chciał wygrać. Po moim policzku spłynęła łza. Justin ją poczuł bo się odsunął.
-Nie płacz... proszę nie płacz..._ powiedział smutno ocierając kciukiem moją łze.
-Nie mogę... boję się śmierci... _powiedziałam przez płacz a Justin przytulił mnie mocno.
-Chciałbym coś zrobić, tak cholernie bym chciał...
-Wiem Justin..._ podciągnęłam nosem, nagle Justin się odsunął a ja popatrzyłam na niego, miał szeroko otwarte oczy. Odwróciłam się. Oni już tu byli...
-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Ale rozdział *o* znowu ich znaleźli... ale pocałunek smkfdvnd może coś z tego bd ;p 

**
przeeeepraszam wiem wiem rozdział miał być już w piątek albo w weekend ale sie nie wyrobiłam...  mam nadzieje że warto było czekać <3 dziekuje za wszystkie komentarze i prosze dodawajcie kolejne to wiele dla mnie znaczy ;* 
@haniabiebs

środa, 15 maja 2013

9. Twoje oczy...



Otworzył ciężkie drzwi i wypchnął mnie na zewnątrz.  Na dworze było coraz więcej ludzi w kapturach. Wyglądało to trochę jak scena z jakiegoś horroru. Ja boję się horrorów więc to nie sceneria dla mnie. Souh2 szedł cały czas za mną, nie trzymał mnie w żaden sposób. Jakbym dobrze to rozegrała to bym uciekła. Musiałam wymyślić jakiś plan. Jakoś odwrócić jego uwagę. 
-Muszę iść do łazienki. _wiem głupie, ale nic innego nie przychodziło mi do głowy.
-Po co? _spytał zdziwiony.
 Co to są za ludzie?! Muszę mu tłumaczyć po co się idzie do łazienki?
-Chcę się...um, załatwić.
-Aa... no tak. Dobrze. Chodźmy. _powiedział po czym pociągnął mnie za rękę.  Szliśmy w stronę dużego budynku. Miał cztery piętra i duże szklane okna. Drzwi chronił kod dostępu. Souh2 wpisał kod, nie widziałam jaki ponieważ zasłonił mi widok. Drzwi się otworzyły i Souh2 pokazał mi ręką że mogę wejść. On był inny niż reszta pracowników tego chorego czegoś. Był nawet miły i nie szarpał mną tak bardzo.  Jego gesty były delikatniejsze. Ciekawe po co tu pracuje i czym w ogóle zajmują się ci ludzie. Bo nie sądzę że całymi dniami znęcają się nad nastolatkami. A jeśli tak to muszą być bardzo ale to bardzo chorzy. Souh2 prowadził mnie korytarzem, mijaliśmy wiele sal. W każdej sali drzwi były szklane więc widziałam co jest w środku.  W jednaj sali ktoś siedział przy biurku. Oczywiście w kapturze. W drugiej sali były jakieś probówki z Bóg wie czym. Moja ciekawość zżerała mnie od środka, po co im te kaptury? Dlaczego ukrywają twarz? Kim są? Czego chcą od Justina? Czego chcą ode mnie? To już nie są porachunki między moim bratem a gangiem, tu chodzi o coś znacznie gorszego. Wiadomo: mój brat odszedł z gangu. Ale to nie był jego gang! On nigdy nie chodził w kapturach. Justin powiedział że musi mnie zabić z powodu mojego brata. A jednak mój brat odszedł ze zwykłego, szczeniackiego gangu. Latali z bronią, handlowali różnym gównem. O co tutaj chodzi?!  Justin wspominał coś o jakimś Jasonie. Kim do cholery jest Jeson?
-To tutaj. _ powiedział Souh2 wskazując ręką niebieskie drzwi.
-Dziękuje._ uśmiechnęłam się. –Mogę cię jeszcze o coś spytać? _spytałam niepewnie .
-Tak, pewnie.
-Gdzie mnie zabierasz i co masz zamiar ze mną zrobić? _ spytałam przygryzając wnętrze policzka.
-Specjalny pokój to inaczej..._ jego głos się załamał. –Miejsce tortur. _gdy to powiedział moje serce stanęło, to stamtąd wracał Justin? Jedno jest pewne umrę dzisiaj. Nie przeżyje nawet połowy tego co Justin. Przy pobieraniu krwi mam stracha a co dopiero tortury?!
-Dlaczego? Co ja takiego zrobiłam?_ zaczęłam płakać.Błagam Souh2 pomóż mi..._złapałam go za ramie.
-Nie mogę. _spuścił głowę w dół.
-Ja... nawet  nie wiem co tutaj się dzieje. Spotkałam Justina przypadkiem . Podrywał mnie w McDonaldzie. _skłamałam, musiałam to zrobić.
-Naprawdę chciałbym ci pomóc... ale nie mogę tego zrobić. _powiedział smutno.
-Błagam... boję się... _zaczęłam płakać jeszcze bardziej.
-Przepraszam..._ pokręcił głową. –To nie ode mnie zależy.
-A od kogo? Kim jesteście? Czego chcecie od Justina?_ spytałam niemalże na jednym tchu.
-Nie mogę udzielać ci takich informacji.
-Souh2... wiem że jesteś inny niż oni. Błagam. Jestem tylko szesnastoletnią dziewczyną. Mam plany, marzenia, rodzinę. _powiedziałam wycierając łzy.
-Ja...
-Proszę..._ nie dałam mu skończyć.
-Dobrze... zobaczymy co z tym zrobić. Ale nie tutaj. _rozejrzał się, po czym pociągnął mnie za rękę. –Choć!
Szliśmy korytarzem dalej, później po schodach do góry. Aż w końcu zatrzymaliśmy się przed drzwiami na których widniał napis „składnia”. Souh2 otworzył drzwi i pociągnął mnie do środka. Zapalił małą lampkę i zamknął drzwi od wewnątrz.
-Wydajesz być się miła. _powiedział kładąc mi rękę na ramieniu. –Nie zasługujesz na tortury.
-Kim jesteście? _naciskałam. Souh2 westchnął i po chwili się odezwał.
-Nie mogę...
-Dlaczego?_ zapytałam z niezrozumieniem.
-Zabiją mnie... 
-No dobrze ale dlaczego nosisz ten kaptur? Pokaż mi się chociaż na chwilę... proszę. _nalegałam.
-Ok... to chyba mogę zrobić. _powiedział poczym złapał za kaptur i go ściągnął. Był przystojny. Miał brązowe włosy, średniej długości i ciemną karnacje. Tylko jedna rzecz mnie zdziwiła, a mianowicie jego oczy... były żółte. Nie jasno brązowe, tylko żółte... to było dziwne.
Uśmiechnęłam się lekko. –Jesteś... spoko. Ale...
-Tak wiem, moje oczy. To dla tego ukrywam twarz. _ powiedział odwracając głowę.
-Wszyscy tu mają takie oczy? _spytałam przygryzając wargę.
-Ja nie mogę nic więcej ci już mówić...
-O mój Boże! _wstałam i przeczesałam włosy ręką.
-Co się stało?
-Justin!  _znowu się rozpłakałam.
-Co Justin? Przecież podrywał cię tylko. Nie warto mu pomagać... jeśli nie znasz go zbyt dobrze, lepiej dla ciebie jak go zostawisz.
-Ale... to było kłamstwo! Okłamałam cię bo myślałam że mnie skrzywdzisz! Ale jesteś inny... Powiedz mi jak się naprawdę nazywasz, bo Souh2 to chyba nie imię... co?
-Souh2 to przydomek, który dostajemy tutaj. Jestem Canon. _powiedział z uśmiechem.
-Canon musisz nam pomóc..._ złapałam go za ręce. –Proszę... uratuj Justina.
-Nie da się. On już jest... martwy. _powiedział smutnym głosem. Mój świat legł w gruzach. Jak to?! Przecież to był mój przyjaciel, uratował mnie przed śmiercią. Nie mógł tak po prostu umrzeć. Nie mógł! Oparłam się o ścianę i osunęłam się po niej na ziemię. Zakryłam ręką usta i poczułam nowe łzy. Kręciło mi się w głowie.
-Kim on jest dla ciebie? _spytał kucając obok mnie, nie odpowiedziałam. –Powiedz mi. _ nadal nie odpowiadałam, nie wiem co ze mną teraz będzie... miałam mu pomóc. –Proszę odpowiedz mi. Kochasz go? _mówił do mnie ciągle ale ja tylko wpatrywałam się w dal i myślałam jak mogłam do tego dopuścić. Jak?! –Jesteś jego dziewczyną? Nie załamuj się! On jeszcze może żyć! _po tych słowach się otrząsnęłam.
-Co ty powiedziałeś?! _spytałam szarpiąc go za bluzę.
-Że on jeszcze może żyć. _odpowiedział szybko.
-To dlaczego do cholery powiedziałeś mi że nie żyje?_ warknęłam przez zęby próbując powstrzymać łzy.
-Przepraszam... po prostu uważam że  nie powinnaś się w to mieszać, naprawdę małe szanse są na to że przeżyje, a ty możesz umrzeć razem z nim.
-To nie uważaj tylko mnie do niego zaprowadź! _krzyczałam wkurzona.
-Nie. Najpierw mi powiedz czy go kochasz? Bo jeśli nie to nie pozwolę abyś naraziła swoje życie nie mając pewności że go uratujesz.
-Kocham go! Kocham go jak nikogo na świecie ok.? _krzyczałam, nie wiem czy go kocham ale czy to było teraz ważne? Nie mogłam powiedzieć nic innego. Musiałam mu pomóc. Byłam mu to winna.
-Dobrze, a więc choć ze mną. _powiedział po czym ubrał kaptur. Otworzył drzwi i zgasił światło. Pociągnął mnie za rękę, jak zawsze i ciągnął w stronę  jakiejś sali. Przez szklane drzwi dostrzegłam że jest w niej pełno ubrań. To była jakaś szatnia czy coś. Te drzwi były bardziej strzeżone niż składnia czy toaleta. Miały kod dostępu. Canon wpisał jakiś kod i drzwi się otworzyły. Weszliśmy do środka. Canon ściągnął jedną czarną bluzę z wieszaka i podał mi ją.
-Załóż to. _powiedział rozglądając się. –Szybko! _ krzyknął, a ja szybko chwyciłam za  bluzę i ubrałam ją. Nałożyłam kaptur na głowę i uśmiechnęłam się do siebie. Byłam teraz tajemnicza, jak oni. Już nie mieli na de mną przewagi bo ja wyglądałam tak samo.
-Czy są tu jakieś kobiety?_ spytałam.
-Raczej nie, to nie ten sektor. _odpowiedział wychodząc, pobiegłam za nim.
-Czyli nie powinnam się raczej odzywać? _spytałam przygryzając wargę. Odwrócił się w moją stronę i pochylił nad moim uchem.
-Jeśli chcesz żyć to lepiej nie. _szepnął a przez moje ciało przeszedł dreszcz.  Szłam krok w krok za nim. Jestem mu bardzo wdzięczna że chce nam pomóc. Jest naprawdę fajnym kolesiem, tylko marnuje się w tym gównie. Zjechaliśmy ruchomymi schodami na górę, następnie skręciliśmy w prawo. Szliśmy chwilę, nagle usłyszałam znajomy głos. To był ten facet co pobił Justina. Canon spojrzał na mnie pytająco.
-Czy... na pewno chcesz tam iść?_ spytał z troską. –Twój chłopak może już nie żyć.
-On nie jest... na pewno chcę. _ potwierdziłam. –Jeśli nie będzie żył załamie się, ale nie będę miała wyrzutów że go zostawiłam ._ powiedziałam choć wiedziałam że to brednie. Wyrzuty będą zawsze. Canon westchnął i szedł dalej. Poczułam jak moje serce przyspiesza. Nogi zaczynają mięknąć. A co jeśli on rzeczywiście już nie żyje? Nie! Takiej myśli nie możesz do siebie doprowadzić Line, weź się w garść. Macie czasem takie uczucie że chcecie dać sobie w policzek? To było to uczucie. Skręciliśmy za róg i moim oczom ukazały się stalowe drzwi. Odmiana bo zazwyczaj drzwi tutaj są szklane. Canon zapukał i mały blaszany otwór w drzwiach się otworzył.
-Czego? _spytał gruby głos.
-Shou2 z nowym pracownikiem... em... Hrou8. Mięliśmy się tu wstawić. _skłamał, ale po chwili kłamstwo się opłaciło bo drzwi się otworzyły. Westchnęłam i weszłam do środka. Powstrzymywałam się od krzyku. Widok był przerażający. Justin był przykuty kajdanami do jakiejś ramy. Z jego ciała spływała krew, jego twarz była sina. Oczy spuchnięte. Na rękach miał cięcia. Wyglądało to jakby się pociął. Do ręki miał wbity drut.  Nigdy nie widziałam niczego gorszego. Spojrzałam na Canona, stał tylko i kiwał głową.
-Dlaczego mu to zrobiliście? _spytał a ja podniosłam głowę i spojrzałam na niego z niedowierzaniem.
-Co? _spytał facet równie zdziwiony jak ja. –Dlaczego? Ten dzieciak to szuja! Jest pasożytem! Nieużytecznym skurwysynem który tylko bierze nie dając nic w zamian!_ krzyknął, a ja poczułam łzy. Nie powinnam płakać, ale nie mogłam się powstrzymać. Jak on mógł tak o nim mówić? Justin jest dobry, kochany, może trochę zagubiony ale na pewno nie jest tym wszystkim. –A i Shou2 gdzie jest dziewczyna? O ile pamiętam miałeś ją zaprowadzić do specjalnego pokoju. _powiedział a ja drgnęłam. Więc to nie jest specjalny pokój? Nie rozumiem, wygląda jak sala tortur.
-Tak, ale ona... uciekła. _powiedział drżącym głosem.
-Co ty powiedziałeś?_ spytał podchodząc do niego.
-Powiedziałem że uciekła. _powtórzył.
-Jak do kurwy nędzy uciekła?! _krzyknął podnosząc Canona za bluzę do góry.
-Walnęła mnie gaśnicą... nic nie mogłem zrobić. _powiedział przełykając ślinę.
-Ty idioto! Jak mogłeś dać jej uciec?!
-Przepraszam... _wybełkotał Canon.
-Później się z tobą policzę! A teraz wszyscy na stanowiska, musimy znaleźć tą dziewuchę zanim o wszystkim powie! _ powiedział wychodząc z sali. Reszta wyszła za nim, razem z Canonem. Zostałam sama, ale po chwili ktoś się wrócił.
-A ty nie idziesz? _spytał szarpiąc mnie za ramie. Odchrząknęłam próbując zmienić swój głos na bardziej męski.
-Nie, ja go popilnuje.
-Aha... nie sądzę aby sam uciekł w tym stanie, ale ok. _powiedział po czym wybiegł zamykając za sobą drzwi. W sali zapaliła się czerwona syrena. Wszystkie światła zgasły i jedyne co oświetlało sale to było czerwone światło syreny. Podbiegłam do Justina i próbowałam zerwać kajdany. Jestem śmieszna, jak chciałam zerwać kajdany? Na stole obok były różne narzędzia, podeszłam do nich i znalazłam tam jakieś ogromne dziwne nożyce. Podniosłam je i ostrożnie podchodząc do Justina (żeby go nie zabić) na celowałam na łańcuch. Nic z tego, nożyce nie przecięły łańcucha a ja miałam coraz mniej czasu. Zaczęłam się rozglądać, dostrzegłam ścianę na której wysiało chyba z tysiąc kluczy. No świetnie. Podeszłam do niej, każdy klucz był oznakowany literką i cyfrą. Zaczęłam szukać pod K. K1. Wzięłam go i podbiegłam do Justina. To nie ten. Ok. szukałam dalej. Po 43. kluczu miałam dość. Złapałam się za głowę w rozpaczy. Spojrzałam na ziemię chwilę myśląc. Mój wzrok przebiegł podłogę. Pod stołem z narzędziami leżał złoty klucz. Z nadzieją sięgnęłam po klucz i podeszłam do Justina. Włożyłam go do zamka i przekręciłam. Kajdany się otworzyły. Bezwładne ciało Justina spadło wisząc tylko na jednej ręce. Podbiegłam z drugiej strony. Justin spadł na podłogę.  Odrzuciłam gdzieś klucz, następnie złapałam Justina za ręce i zaczęłam nim ciągnąć w stronę drzwi. Otworzyłam drzwi i rozglądając się dostrzegłam że nikogo nie ma. Ciągnęłam ciało Justina z całych sił. Nagle usłyszałam kroki. Moje serce stanęło po raz kolejny. Odwróciłam się i dostrzegłam Canona. Był bez kaptura. Jego żółte oczy zabłysły.
-Spokojnie, poszli cie szukać. Wrócą za parę godzin. Zostałem bo mam posprzątać. _uśmiechnął się.
-Ale co masz sprzątać? To żałosne!_ wybełkotałam czując że tracę siłę.
-No oczywiście ciało Justina. _powiedział jakby to było oczywiste.
-Ah no pewnie. _przewróciłam oczami z irytacją.
-Daj spokój, musimy was stąd wydostać. _powiedział klękając. Włożył Justinowi jedną rękę pod kolana a drugą pod plecy i wstał. Justin wyglądał tak strasznie, ale nawet mimo tych wszystkich ran i krwi był przystojny. Dotknęłam policzka Justina i nachyliłam się nad jego głową. Pocałowałam lekko jego zakrwawione czoło. Zapach krwi uderzył do moich nozdrzy. Podniosłam głowę i spojrzałam na Canona oblizując swoje zakrwawione usta.
-Jego klatka się unosi. Żyje. _powiedział z ulgą.
-Jesteś cudowny. _powiedziałam czując łzy. Znowu.
-Nie, wiesz mi że nie. Tak jak wszyscy tutaj z resztą... _powiedział smutno.
-Jesteś. Uratowałeś nas. Dziękuje. _łzy spłynęły po moim policzku.
-Jeszcze was nie uratowałem. Choć. _ powiedział idąc w kierunku drzwi.  Drzwi się rozsunęły a ja zakryłam rękę od słońca, które poraziły moje zmęczone i spłakane oczy. Canon skierował się do dziwnego pojazdu bez drzwi. Wyglądał trochę jak skuter z dachem dla czterech osób. Położył ciało Justina i usiadł na miejscu kierowcy. Usiadłam obok niego odwracając się do Justina.
-Nie mogę odwieść was do domu, ale wiem gdzie prześpicie się spokojnie. _ powiedział z uśmiechem.
-Dobrze. Dziękuje. _powiedziałam i pocałowałam go w policzek. Odpalił to dziwne coś i ruszył w stronę lasu znajdującego się za budynkami. Wyciągnął z kieszeni pilot i otworzył furtkę w lesie. Jechaliśmy przez las, między drzewami parę kilometrów aż w końcu się zatrzymał.
-Tutaj. _powiedział wysiadając. –Tam jest domek na drzewie, zrobiony przez jakieś bachory. Nasi nie wypuszczają się tak daleko. _zaśmiał się.
-Dobrze, a gdzie jesteśmy? _spytałam.
-Nie wiem dokładnie, ale nie korzystaj na razie z telefonu. Nie radzę. Podszedł do pojazdu i wziął ciało Justina wszedł ostrożnie po stopniach na drzewo i położył tam Justina.
-Trzymaj się piękna. _powiedział z uśmiechem.
-Dziękuje ci najbardziej na świecie, jeśli jest coś co mogę dla ciebie zrobić to...
-Pocałuj mnie. _ przerwał mi robiąc krok w moją stronę. To nie wielka cena za tak ogromną pomoc.
-Dobrze. _powiedziałam przybliżając się do niego. Złapał moją głowę i naparł ustami na moje. Owinęłam ręce wokół jego szyi. Pocałunek zaczął się pogłębiać. Przejechał językiem po mojej dolnej wardze prosząc o pozwolenie. Dałam mu je. Nasze języki walczyły o dominacje. Po chwili się oderwał. Oboje oddychaliśmy ciężko.
-Dziękuje... nie całowałem się z nikim przez 4 lata. _powiedział gładząc mój policzek.
-To i tak niewiele za to co dla nas zrobiłeś. _uśmiechnęłam się. –Jeszcze raz dziękuję.
-Proszę... a no i masz. _podał mi butelkę wody.- Trzymajcie się. _powiedział siadając i odjechał. Pomachałam mu poczym weszłam po stopniach na drzewo do domku. Justin nadal leżał nieprzytomny. Ściągnęłam swoją bluzę i okryłam go nią. Pogładziłam delikatnie jego policzek.
-Cieszę się że żyjesz... gdybyś umarł moje życie ległoby w gruzach... teraz jesteś częścią mojego życia. _łzy spłynęły po moich policzkach. Tyle ile płakałam przez ostatni tydzień nie płakałam nigdy. Odkręciłam wodę którą dał mi Canon i nalałam do zakrętki. Złapałam delikatnie głowę Justina i przechyliłam ją do przodu. Wlałam parę kropel do jego ust, po czym ponownie położyłam jego głowę. Na rękaw bluzy nalałam trochę wody i obmyłam parę ran Justina. Nie wiedziałam co zrobić z drutem. Moje ciało nie miało już siły, oczy powoli się zamykały, nie chciałam zasnąć chciałam przy nim czuwać, ale organizm zdecydował za mnie. Zasnęłam.

***
Obudziły mnie jęki. Przetarłam oczy przypominając sobie co się dzieje, po czym gwałtownie się podniosłam. Spojrzałam na Justina. Jęczał z bólu. Ale się obudził, to dobrze.
-Justin... _powiedziałam niepewnie.
-Ahh... _jęknął. Spojrzałam w dół, trzymał się za bok. Ten sam bok. Szybko sięgnęłam po butelkę wody. Ściągnęłam bluzę z jego torsu, odkręciłam butelkę i polałam na ranę.
-Aaaahhh! _krzyknął, a ja przygryzłam wargę.
-Shh.. _powiedziałam gładząc jego policzek.
-Line..._ powiedział jakby trochę nieobecny.
-Tak to ja. Nic nie mów, odpoczywaj. _powiedziałam z uśmiechem. Wiedział kim jestem, kamień spadł mi z serca.
-Żyjesz? Jakim ...cudem...my... żyjemy? _powiedział łamliwym się głosem.
-Proszę nic nie mów, jak poczujesz się lepiej to porozmawiamy. _powiedziałam przykrywając go ponownie bluzą.
-Ale... ja ...czuje ... się ...już ..dobrze. _powiedział lekko otwierając oczy. –Naprawdę.
-Błagam cie Justin. _nalegałam. –Zamknij się. _pokiwałam głową.
-Dobrze... dla...ciebie...
-Justin! _krzyknęłam wkurzona. 
--------------------------------------------------------------------------------------------------------
Przepraszaaam... rozdział miał być już w niedziele ale internet odmawiał mi posłuszeństwa. 

Wiec oto jest rozdział 9. trochę mało Justina. Ale chyba dobrze że wszystko skończyło się dobrze ;D 
P.S następne rozdziały będą baaaardzo emocjonujące. I będzie więcej Jusline <333
****
 i dziękuuuuje za wszystkie komentarze to dla mnie naprawdę miłe i  motywujące do dalszego działania ;*
#SWAG ;* 
@haniabiebs

czwartek, 9 maja 2013

8. Line odejdź!



Moje ciało zadrżało. Czy to już czas abym odeszła? Moje życie zaraz się skończy. Poczułam ucisk w żołądku. Facet uśmiechnął się złośliwie i po raz kolejny kopnął Justina.
-Dziewczyna? _spytał z uśmieszkiem. Justin nic nie odpowiedział. Jego biała koszulka zrobiła się czerwona z lewej strony, tam gdzie się trzymał. Poczułam pieczenie w oczach co sygnalizowało że zaraz się rozpłacze. Facet miał broń cały czas skierowaną w moją stronę.
-Jeśli odstrzelę jej łeb będziesz płakał? _spytał przez śmiech. Justin nadal się nie odzywał. Widok Justina leżącego na ziemi i zwijającego się z bólu sprawił że łzy pojawiły się na moich policzkach.  On wyglądał tak niewinnie, tak biednie. Chciałam do niego podbiec i przytulić go z całych sił. Ale nie mogłam... bo ten facet nie zawahałby się mnie zabić.
-Nic nie mówisz? Nie bronisz jej? Więc po co ona wg. tu przylazła? Nie znacie się? A może to jedna z twoich dziwek? _ warknął kopiąc go chyba po raz setny. Justin syknął z bólu, a moje narządy zrobiły fikołka.   –Dalej nic nie mówisz. Dobrze. Papa ślicznotko. _powiedział a ja zacisnęłam oczy. Moje życie się kończy. Żegnaj bracie, siostro... Justinie.
-Zostaw...ją..._ wydusił Justin. Szybko otworzyłam oczy i spojrzałam na jego biedne zakrwawione ciało. Podniósł ledwo głowę. Dostrzegłam że z niej też leci krew.
-A więc jednak coś dla ciebie znaczy? _w kapturze zobaczyłam tylko usta, uśmiechały się złośliwie.  Spojrzałam na Justina, uniósł głowę tak żeby spojrzeć mi w oczy. Zauważyłam że rusza ustami. Powiedział „Line odejdź stąd”. Potrząsnęłam głową na znak sprzeciwu. Zamknęłam oczy, westchnęłam, a gdy je otworzyłam faceta już nie było. W panice zaczęłam się rozglądać, spojrzałam na Justina. Jego oczy były szeroko otwarte z przerażenia. Odwróciłam się. Stał za mną. Jedyne co pamiętam to że przyłożył mi do ust nasączoną czymś chusteczkę. Później ciemność.

***
Obudziłam się. Rozglądając się dostrzegłam że jadę. Byłam w jakimś aucie. Zakładam że w tym do którego wcześniej wszedł Justin. No właśnie gdzie jest Justin? Spojrzałam w bok, leżał obok mnie. Jechaliśmy pewnie długo bo był już cały we krwi. Chciałam go obudzić ale zauważyłam że moja prawa ręka jest przykuta kajdanami do jakiejś rury. Usiadłam i szturchnęłam go lekko stopą. Jęknął ale otworzył leniwie oczy.
-Co jest mamo?
-Nie jestem twoją mamą! _szepnęłam głośno.
-Line!? _otrząsnął się i usiadł. Przetarł oczy po czym gwałtownie złapał się za bok. –Ssss... _syknął z bólu i położył się ponownie.
-Jezu, przecież ty się wykrwawisz! _krzyknęłam, a po moich policzkach spłynęły nowe łzy.
-Nic mi nie jest. _warknął i zacisnął oczy z bólu. Nie cierpię jak chłopcy się tak zachowują. Kiedyś Dave też tak robił. Przychodził do domu we krwi i pierdolił że nic mu nie jest.
-Nie pieprz do cholery! _krzyknęłam wkurzona. –Co oni ci zrobili? I kim wg. są?!
-Jeden rozwalił mi butelkę na głowie, a drugi wbił mi w bok nóż.
-Co za idioci! Dlaczego to zrobili? Kim oni są?! _ spytałam desperacko. Rozglądałam się za czymś co pomoże w zatamowaniu krwi. Ale był tu tylko stary gruby koc, woda i paczka chipsów. Przecież nie dam rady  roztargać  tak grubego koca. Nawet nie obwiąże mu nim pasa.
-Pamiętasz ten telefon, w motelu? _spytał.
-Tak... co kazał ci mnie zabić.
-No właśnie, to ci ludzie. Na razie nie wiedzą że ty to ty, wiec nic im nie gadaj. _powiedział zamykając oczy, zakryłam ręką usta, to kwestia czasu zanim się wykrwawi.
-Nie zasypiaj! Proszę! _krzyczałam przez łzy.
-Spokojnie... po prostu muszę odpocząć. _uspokajał mnie.
-Wykrwawisz się... _obraz zamazał mi się od łez, wytarłam oczy po czym kontynuowałam. –Przybliż się.
-Po co? _spytał lekko otwierając oczy.
-Musimy jakoś zatamować krew. Twoja koszulka jest już cała mokra, ściągnij ją. _rozkazałam. Spojrzał na mnie , nie miał siły by to zrobić. Więc lewą reką złapałam dół jego koszulki i podniosłam ją do góry. Moim oczom ukazał się zakrwawiony tors. Z boku rzeczywiście miał nacięcie po nożu. Przełożył koszulkę przez głowę i rzucił ją na bok.
-Kawałek z prawej strony który miałeś na plecach jest czysty. _powiedziałam  sięgając po koszulkę. Rozerwałam czysty kawałek i przyłożyłam do jego rany na boku. –To i tak za mało. _powiedziałam smutnym głosem. –Nie wiem co teraz.
-Jest ok. _ powiedział z lekkim uśmiechem.
-Nie nie jest!_ krzyknęłam płacząc. –Martwie się o ciebie, jeśli się wykrwawisz to nigdy sobie tego nie wybaczę! _krzyknęłam z frustracji.
-Line jest ok. _położył delikatnie rękę na mojej. –Dziękuję że się tak mną przejmujesz to dla mnie wiele znaczy.
-A czemu miałabym się nie przejmować, daj spokój. Każdy zrobiłby to samo na moim miejscu.
-No nie wiem... _powiedział smutno, przechylając głowę.
-Jak to nie wiesz?
-Ja kiedyś zostawiłem... twojego brata. _powiedział przygryzając wargę.
-Co? _spytałam potrząsając głową z niezrozumieniem.
-Zostawiłem go, tak jestem dupkiem i myślę tylko o sobie. _skwitował po czym zamknął oczy i odchylił głowę z bólu.
-Teraz to nie ważne, jesteś ranny i muszę ci pomóc. _powiedziałam spokojnie, pociągając nosem.
-Jak chcesz to zrobić? Jesteś przykuta._ powiedział kiwając lekko głową w moją stronę.
-Jakoś sobie poradzę. _ warknęłam. Przysunęłam się bliżej i sięgnęłam po butelkę wody.  Mocno pociągnęłam za dół swojej koszulki, oderwałam kawałek. Okazał się mój brzuch ale to teraz nie było ważne. Polałam materiał wodą i zaczęłam obmywać rany na głowie Justina. Zamknął oczy z bólu i przygryzł wargę.
-Wiem że to boli... ale muszę przemyć. _powiedziałam z wyrzutem, pokiwał głową na znak że wie o tym.  Polałam wodą delikatnie jego tors. Zdjęłam kawałek materiału z rany na boku i zaczęłam wycierać. Krew tak beznadziejnie rozmywała się na jego klacie. Zostawiała smugi. Na ręce też miał rany. Co za dupki jak mogli go tak urządzić? To nie z mojej winy prawda? O matko... czuje się beznadziejnie.  Wzięłam się za ręce i zaczęłam obmywać rany na jego rękach. Napiął mięśnie, to było seksowne, o Boże ! jak ja mogę w takiej chwili myśleć o takich rzeczach.  Wycierałam dalej, krwi było tak dużo że nie widziałam tatuaży. Wykręciłam koszulkę, nalałam na nią wody i wycierałam dalej. Tatuaże zaczęły być widoczne. .  Przyjrzałam się im pierwszy raz. Na lewej ręce miał głowę tygrysa, rybe, anioła, napis BELIEVE i sowę. Nie lubie tak dużej ilości tatuaży, ale u niego to wyglądało fajnie.
-Podobają ci się? _spytał ospale.
-Co? Uhm.. tak. _pokiwałam głową i uśmiechnęłam się jak idiotka. Kolejny raz przyłapał mnie na przyglądaniu mu się. Żałosna jestem.
-Masz jakiś?
-Ale co? _spytałam nie rozumiejąc.
-Tatuaż czy masz?
-Um. Nie. _spuściłam głowę w dół.
-Spoko... a chcesz sobie zrobić? _spytał przymrużając oczy.
-Nie wiem... może kiedyś. _odpowiedziałam szybko.
-To pójdziemy razem. _uśmiechnął się lekko. –Mam w planach jeszcze pare,  prawa ręka jest jakaś goła. _zaśmiał się. –Ma tylko jeden tatuaż i to tak malutki że go nie widać. _faktycznie nie zauważyłam że ma tam tatuaż. Ale bardziej zaskakiwało mnie to że nadal był w stanie mówić. Stracił tyle krwi. Samochód się zatrzymał, moje serce podeszło do gardła. W nogach poczułam ciarki. Justin zacisnął zęby i spojrzał na mnie z lekkim, pocieszającym uśmiechem.
-Justin...ja się boje. _wymamrotałam i po chwili z moich oczu popłynęły kolejne łzy.
-Shh... nic ci nie będzie. Jestem przy tobie. _uspokajał mnie.
-Ale jak zabiorą cie gdzieś z dala ode mnie? Nie jesteś w stanie walczyć. _powiedziałam płacząc, Justin otworzył usta żeby coś powiedzieć ale wtedy drzwi z bagażnika się otworzyły. W sumie nie wiem jak to się nazywa. Van ma bagażnik? Czy raczej pomieszczenie. Heh... to nie ważne. 
-Rozkuj ją! _krzyknął ten sam facet który pobił Justina.  Obok niego stało 3 innych facetów. Oni wszyscy mieli kaptury, chowali twarze tak jak Justin na początku. To było dziwne. Po co ukrywać twarz a potem i tak ją pokazywać? Nie rozumiem. Według rozkazu jeden z nich podszedł do mnie i otworzył zamek z kajdan. Potarłam nadgarstek, nie wyglądał za dobrze. Był lekko fioletowy. Dwóch pozostałych szarpnęło Justina . Nie zwracając uwagi czy to go boli.
-Ała, kurwa!_ syknął Justin.
-Zamknij się! _krzyknął jeden.
-Jeśli to boli, to jak opiszesz to co dla ciebie zaplanowałem? _spytał ze śmiechem, oczywiście ten który pobił Justina.
-Przestańcie go nękać! Go to boli, jest człowiekiem tak samo jak wy! Okażcie trochę serca! _krzyknęłam w jego obronie, ale oni tylko zaśmiali się głośno.
-Mała się przejęła... ojej. _powiedział złośliwie jeden z kolesi. –Jest człowiekiem tak samo jak wy. _próbował naśladować mój głos. –Widzę kochanie że nic o nas nie wiesz, to dobrze. _zaśmiał się. Co to miało znaczyć? Nie rozumiem... jest człowiekiem, co takiego powiedziałam? Dziwni są ci ludzie. Złapali mnie za ręce i zaczęli ciągnąć. Wow, byli bardzo silni. Pierwszy raz spotkałam kogoś tak silnego. Wytargali mnie na zewnątrz i moim oczom ukazała się wielka brama, miała chyba z 7 metrów. Była żelazna. Nie wjechali tam autem, dlaczego? Brama się otworzyła i zostałam wepchnięta do wnętrza zagrodzonej posesji. Rozglądając się zauważyłam kilka budynków. Popchnęli mnie w stronę średniego zielonego budynku, wyglądał jak jakieś więzienie. Miał kraty na oknach a przed wejściem stało dwóch ludzi. Zgadnijcie w czym? W kapturach.  Ciężkie drzwi zostały pchnięte przez jak zakładam strażników. Popchnęli mnie do środka i zamknęli drzwi. W środku był półmrok. Miałam racje to było więzienie. W pomieszczeniu były tylko cele. Puste cele. Strażnik otworzył jedną z nich i wepchnął mnie do środka. Upadłam na ziemie, brudną ziemie. Na ścianie była krew.. otworzyłam szeroko oczy i wstałam .
-Wypuśćcie mnie stąd! Błagam! _ krzyczałam przez płacz.
-No błagam cie! Zamknij się na moment!_ uciszył mnie. Byłam przerażona. Ale bardziej zastanawiało mnie gdzie jest Justin i co mają zamiar mu zrobić. Bałam się o niego. Wszyscy wyszli zostawiając mnie samą w tej ohydnej celi.

***

Drzwi gwałtownie się otworzyły i 2 facetów trzymało kogoś. Nie widziałam kogo, bo byli zbyt daleko a było tu dość ciemno. Zaczęli zbliżać się do mojej celi. Cofnęłam się ale po chwili dostrzegłam że trzymają  Justina, moje serce pękło. Otworzyli cele i rzucili go na podłogę, nie był w stanie wstać. Ledwo żył. Na jego ciele nie było miejsca gdzie nie było krwi. Podbiegłam do niego i odwróciłam twarzą do siebie. Miał zamknięte oczy. Był nieprzytomny. Jego usta były zmasakrowane, tak samo jak nos. Prawe oko było podbite. Krew lała się ze wszystkiego. Rozpłakałam się na dobre. Dlaczego zrobili mu coś takiego?! Jego włosy były posklejane od krwi.  Miał pełno siniaków. Na jego nagim torsie było pełno nacięć od noża. Brzuch miał siny. Nie chciałam patrzeć dalej, bo wiedziałam że będzie to samo. Na boku nadal miał ranę, nadal nie opatrzoną.
-Nie umieraj. _szepnęłam. –Proszę cię, tylko nie umieraj. _rozpłakałam się jeszcze bardziej, jeśli w ogóle to było możliwe. Ku mojemu zaskoczeniu otworzył lekko oczy.
-Nigdzie... się... nie... wybieram. _powiedział ze swoim zadziornym ale krwawym uśmieszkiem.
-Justin! _krzyknęłam z uśmiechem. –Dlaczego oni ci to zrobili? Jak mogli! _pociągnęłam nosem.
-Nie... płacz... _powiedział, lecz  po chwili odwrócił głowę i zaczął pluć krwią.
-O Boże Justin! _otworzyłam oczy szeroko, a on spojrzał na mnie i lekko się uśmiechnął. Czy on naprawdę myśli że jestem głupia i uwierzę mu że wszystko jest ok.?- Martwię się... jesteś w fatalnym stanie. Moja mama była pielęgniarką. Znam takie przypadki ,w takim stanie, bez opieki nie dożyjesz rana.
-Jestem... dzielnym... chłopcem..._ cud że jeszcze mówił, ale mówił ledwo.
-Nikt nie jest na tyle dzielny Justin... _wytarłam łzy i pochyliłam się nad nim.
 –Musimy się stąd wydostać, rozumiesz? Nie wiem jak, ale zabiorę cie stąd. _szepnęłam.
-Nie... da... rady. _wykrztusił.
-Musi być sposób! _krzyczałam desperacko.
-Line... obiecaj.. mi... coś... _jego oczy powoli się zamykały.
-Tak, Justin co mam ci obiecać?
-Nigdy... nie... mów... im... kim ...jesteś. Czekaj... na... Dave’a, gdy... już... cie... znajdzie... uciekajcie... jak... najdalej... stąd. Nigdy... tu... nie... wracaj. Przenigdy.
-Wrócisz ze mną. _mówiłam przez płacz. –Nie zostawię cię tu. Mówiłeś że jesteś dzielny!
-Oni... jeszcze... ze... mną nie... skończyli... Line. _powiedział ze smutkiem.
-Przepraszam Justin. _łzy zamazywały mi obraz.
-To nie... twoja wina... nigdy tak... nie myśl.
-Moja wina! Gdybyś mnie zabił nie cierpiałbyś teraz! _krzyknęłam i położyłam rękę na ustach żeby nie krzyczeć jeszcze bardziej.
-Przestań... nigdy... bym cię... nie zabił. Przyjdą.... po mnie.... gdy będziesz spała... więc pamiętaj że.... nie możesz... ich spotkać nigdy! Jeśli.... cię znajdą... zrobią ci coś... gorszego od śmierci!
-Nie ma nic gorszego od śmierci...
-Jest... uwierz mi... że jest. Bycie ich... pracownikiem...jest gorsze...
-Błagam, nie możesz nas zostawić! _krzyknęłam i pogładziłam jego policzek. Jego kąciki ust podniosły się lekko ku górze. Z jego podbitego oka popłynęła łza. Wytarłam ją kciukiem.
-Przepraszam... że musisz... oglądać... mnie w...takim... stanie.
-Nie przepraszaj, nie masz za co. _przygryzłam wargę żeby nie zacząć wydzierać się jak małe dziecko.
-Połóż... się...koło... mnie..._ poprosił. Wykonałam jego prośbę i położyłam się obok. Powoli położył swoją zakrwawioną rękę na moich plecach.  Poczułam jeszcze większy żal. –I ...pamiętaj... nawet jeśli... nie będziesz.. jeszcze spać... to ... nie wolno... Ci... się odzywać... kiedy ..po ..mnie przyjdą. _szepnął.
-Dlaczego? Chcę cię bronić!
-Tak... na ...pewno...mi ... nie ...pomożesz.
Zamknęłam się, muszę mu pomóc ale nie w ten sposób. Pogładziłam delikatnie jego tors. Spojrzałam na rękę, była cała z krwi. Tak mi było go żal. Naprawdę był dzielny, nadal był przytomny. Jakim cudem? Każdy człowiek wykrwawiłby się raczej, prawda? Ciężkie drzwi zaskrzypiały i wtedy poczułam ucisk w brzuchu. Facet podszedł do celi i ją otworzył.
-Wstawaj! _kopnął Justina, przez co ten jęknął z bólu. Chciałam coś powiedzieć ale mi zabronił. –Jesteś głuchy?! Wstawaj! _kopnął Justina jeszcze mocniej przez co krzyknął. Z moich oczu popłynęły kolejne łzy. –Nie wstaniesz to wyrwę ci kończyny jedną po drugiej. Wtedy będziesz miał powód żeby nie wstać. _zaśmiał się. Bałam się że rzeczywiście to zrobi.
-Pomogę mu wstać. _nie wytrzymałam, musiałam mu pomóc. Oczy Justina się rozszerzyły i pokiwał głową na nie. Nie posłuchałam go, wsunęłam rękę pod jego plecy a drugą złapałam go za rękę. Próbował się podnieść, ten durny gbur tylko stał i się gapił.
-Widzę że on coś dla ciebie znaczy. Hm. Świetnie. Souh2 do mnie!_ krzyknął i jakiś drugi przybiegł z końca korytarza Souh2? Co to wg. za imie?! –Weź tą pomocną laskę stąd! _wskazał na mnie,  po czym Souh2 złapał mnie w talii i wytargał z za celi.
-Co mam z nią zrobić? _spytał.
-Zabierz ją do specjalnego pokoju. _powiedział szarpiąc Justina. Souh2 kiwnął głową i popchnął mnie w stronę drzwi. Odwróciłam głowę i spojrzałam na Justina, facet ciągnął go za włosy. Nie obchodziło mnie gdzie idę, musiałam tylko pomóc Justinowi.
 ------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Hejcia <3 Oto obiecany długi rozdział ;D 
Biedny Justin ;c Tak strasznie go pobili ;c Jak myslicie co stanie się z Line? 
Proszę o komentarze to wiele dla mnie znaczy ;* 
Z góry dziekuje <3333
@haniabiebs

środa, 8 maja 2013

;D


Jak widać mam małe problemy z dodaniem zwiastunu, wiec na razie go nie będzie ;c 
rozdział dodam jutro ;D 
zmieniłam opcje dodawania komentarzy, bo nie można było dodawać anonimowo <żal xd> ale teraz już można więc wszystkich czytających proooosze, bardzo porsze o komenty.
z góry dzięki :*

niedziela, 5 maja 2013

7. Zostaw go!


-Podobasz mi się Line. _powiedział spokojnie, patrząc mi w oczy.
-Co? _spytałam potrząsając głową, czy aby na pewno zrozumiałam.
-No to co słyszałaś. Podobasz mi się.
-Ok. Nie mam ochoty na żarty. _ przewróciłam oczami.
-Nie żartuje... jesteś inna niż moje poprzednie dziewczyny. Odważna, słodka i taka niedostępna.
-Daj spokój Justin..._ przybliżyłam usta do jego ucha. – I tak nie dobierzesz się do moich majtek, NIGDY.  _szepnęłam.
-Nigdy nie mów nigdy. _uśmiechnął się. –Ale nie dlatego powiedziałem ci że mi się podobasz.
-A dlaczego? Co chciałeś zdziałać? _ spytałam zaciekawiona.
-Sam nie wiem... _podrapał się po głowie, chciał coś dodać ale Dave i Dina wrócili  z jedzeniem.
-Justin nie wiedziałem co chcesz bo nie przyszedłeś więc wziąłem ci frytki i hamburgera. Pasuje ?_ spytał Dave kładąc jedzenie przed Justinem.
-Tak pewnie, dzięki. _uśmiechnął się.
Dave usiadł koło mnie i spojrzał na mnie ze zdziwieniem .
-Coś się tu wydarzyło pod moją nieobecność? _spytał unosząc brwi.
-Nie._ zaprzeczyłam. –Co miałoby się stać?
-No nie wiem, ale jesteście jacyś dziwni...
-Wszystko jest ok. _wymamrotałam.
-Wziąłem ci frytki i sos czosnkowy. Nic nie lubisz więc...
-To nie tak że nic nie lubie, po prostu nie mam ochoty jeść w fastfood’ach.  Widziałam program w którym gadali że robią to ze szczurów.
-Line! _krzyknęła Dina wypluwając kawałek kurczaka. –Ja jem!
-Sorki. _uśmiechnęłam się niewinnie.
-Line, możemy pogadać w cztery oczy? _warknął Justin.
-Um... tak. _wstałam patrząc w ziemię. Po chwili Justin wstał i skierował się w stronę auta.  Poszłam za nim. O czym chciał porozmawiać? O tym że mu się podobam. Mam co do tej „rozmowy” złe przeczucia. No ale cóż. Zobaczę. Oparł się o maskę samochodu Dave’a i spoglądał na mnie z pod łba.
-Line, wiem że możesz mieć to co powiedziałem w dupie bo twój brat dość jasno mnie określił. Ale nie mówie dziewczyną że mi się podobają, nigdy. Zawszę im mówie coś typu „masz zgrabny tyłek” no ale jeśli ja Bieber mówie coś takiego to znaczy że coś jest na rzeczy.
-Em... i co ja mam z tym faktem zrobić? _spytałam nie bardzo rozumiejąc.
-No..._ podszedł do mnie bliżej. –Powiedz mi co ja znacze dla cb?_ powiedział patrząc mi w oczy. Moje serce przyspieszyło. Co miałam mu powiedzieć? Że mi się podoba, nie mogę się w nim zakochać. To nie jest chłopak dla mnie. Po za tym mój brat by go zabił.
-Justin przepraszam... ale ja..._ nie zdążyłam dokończyć bo on złapał moją głowę i złączył nasze usta. W pierwszej chwili nie opierałam się, ale gdy dotarło do mnie co się dzieje odsunęłam się.
-Co ty do cholery robisz?! _krzyknęłam wkurzona.
-Całuje cię. _ włożył ręce do kieszeni.- No próbuje cię całować.
-Jesteś niemożliwy! Jak wg. możesz się tak zachowywać!? _krzyknęłam i odwróciłam się. Ale moja wewnętrzna suka się odezwała i szybko odwracając się walnęłam go z liścia w policzek. Nie ruszyło go to ale może zrozumie że sobie tego nie życzę. Pobiegłam w stronę Dave’a i Diny. Usiadłam i zaczęłam bawić się frytką.
-Coś się stało?_ spytał Dave.
-Nic. _odwróciłam głowę. Justin zmierzał w naszym kierunku z normalnym uśmieszkiem. Jakby nic się nie stało. Dupek. Usiadł i wyszczerzył się do Dave’a.
-O czym rozmawialiście? _spytał Dave patrząc groźnym wzrokiem na Justina.
-O niczym. _odpowiedziałam. Dave spojrzał na mnie a później znowu na Justina.
-Całowałem Line._ powiedział Justin z uśmiechem. Moje oczy szeroko się otwarły. Po co on mu to gadał?!
-Co kurwa zrobiłeś?! _spytał Dave wstając.
-Całowałem twoją siostrę. _powtórzył Justin spoglądając na mnie.
-Line! Jak może kręcić cie taki dupek! Zawiodłem się na tobie. _Dave pokręcił głową.
-Po pierwsze ty wcale nie jesteś lepszy, a po drugie nie odwzajemniła pocałunku. Uderzyła mnie w twarz. _skwitował Justin spokojnie.
-Całowałeś ją bez pozwolenia?! _na szyi Dave zaczęły być widoczne żyły.
-Taa._ Justin wzruszył ramionami.
-Ty szmato! _krzyknął Dave i podchodząc do Justina szarpnął go za koszulę. –Nie waż się traktować mojej siostry jak ci się podoba, rozumiesz? Jeśli ona ma choć trochę rozumu to nie będzie z tobą. Widzi że jesteś dupkiem, ale mądre dziewczyny nie kochają się w dupkach. Więc zamknij się, jedz i nie wkurwiaj mnie.
-Nie rozkazuj mi. _warknął Justin.
-Będę robił co mi się podoba!
-Nie nie będziesz! _Justin wstał i poszedł w innym kierunku do nas.
-Dave... nie kłóćcie się. _ powiedziałam smutno.
-Line, o co ci chodzi? Całował cię chociaż ty tego nie chciałaś! To szumowina. A może ty coś do niego czujesz? _spytał cały czerwony od złości.
-Nie! Zapewniam cie że on nie zajmuje nawet 1/1000 mojego serca. _w sumie nie zajmuje 1/1000, zajmuje znacznie więcej...Nie mogłam powiedzieć tego Dave’owi bo zawiódł by się na mnie. Wstałam i poszłam za Justinem, może zachowuję się jak idiotka ale nie chcę między nami sprzeczek. Zależy mi na naszej przyjaźni. Pobiegłam w kierunku w którym poszedł <po raz kolejny>  rozglądając się zauważyłam że wsiada do jakiegoś czarnego auta. Moje serce przyspieszyło. Co się do cholery dzieje? Dlaczego wsiadł do obcego auta?! Kucnęłam za jakimś samochodem i patrzyłam na auto z za szyby. Nic się nie działo auto stało i nikt z niego nie wychodził ani nie wchodził . Po 5 min. wyszedł Justin trzymał się za bok. Chciałam do niego podejść ale z auta wyszedł wysoki, masywny mężczyzna w kapturze. Podszedł do Justina i kopnął go w brzuch, po czym Justin się przewrócił. Facet podszedł do niego i kopnął go w brzuch parę razy.
-Wiesz co cię czeka za nie wywiązanie się z umowy? _powiedział facet grubym,  chrapliwym głosem.  Justin nic nie powiedział tylko nadal trzymał się za bok i zwijał z bólu. Gdy koleś wyciągnął pistolet nie wytrzymałam. Wybiegłam z za auta.
-Zostaw go! _krzyknęłam a facet natychmiast skierował pistolet w moim kierunku.
----------------------------------------------------------
O matko?! emocjonujący rozdział. Pocałunek, teraz tajemniczy facet z pistoletem. Ależ się porobiło ;p

                                                                  ***
rozdziały są dosć krótkie więc postaram się je przedłużyć. Wiec będą dodawane w trochę większych odstępach x3   
przepraszam za błędy
@haniabiebs