czwartek, 20 czerwca 2013

11. To niemożliwe!



 Ciemna postać z wielkim psem na smyczy stała kilka metrów od nas. Miała kaptur. Standardowo. Spojrzałam na Justina przygryzając wargę. Stał nieruchomo z kamienną twarzą. Jakby nad czymś myślał.
-Justin.. _szarpnęłam go za rękę.
-Nie bój się Line, to nie oni. _powiedział przymrużając oczy. Odwróciłam się w stronę postaci. Skąd on wie że to nie oni? Ten ktoś ma kaptur i szedł za nami. Nie rozumiem...
-Jak to? _powiedziałam nie rozumiejąc.
-Jest tylko jeden, oni przyszliby w grupie. A ten pies jest zwykłym psem... to nie oni. _powiedział spokojnie.
-Czyli kto to? _spytałam łapiąc go za rękę.
-Nie wiem.
Ciemna postać zaczęła się zbliżać, ze strachu schowałam się za Justinem nadal trzymając go za rękę. Jak długo był przymnie tak długo czułam się bezpiecznie.
-Kim jesteś i po co za nami idziesz? _warknął Justin a żyły na jego szyi zaczęły być widoczne. Postać nie odpowiedziała tylko nadal szła w naszą stronę.
-Czego od nas chcesz? _krzyknął Justin z jadem w głosie. Postać zatrzymała się dwa metry od nas. Uniosła głowę. Przez moje ciało przeszedł dreszcz. Złapałam Justina jeszcze mocniej.
-Jestem Jane. _powiedział spokojny, kobiecy głos. –I wcale za wami nie idę, szłam z psem na spacer.
-Tak szłaś na spacer naszym tropem! _krzyknął Justin.
-Nie bój się Justin... _powiedziała Jane, a Justin pokiwał głową i się zaśmiał ironicznie.
-Skąd wiesz jak się nazywam? _syknął.
-Po prostu wiem, a ty Line... trzęsiesz się jak galareta. Uspokój się, nie zrobię ci krzywdy. _jej głos był tak spokojny że aż przerażający.
-Czego ty chcesz? _spytał Justin.
-Niczego... po prostu nie chce żebyście zginęli. Macie jeszcze sporo przed sobą. _powiedziała głaszcząc psa.
-Oni cię przysłali? _spytał Justin zaciskając pięść.
-Nie... nie należę do nich! _powiedziała pierwszy raz podnosząc ton. Złapała za końce kaptura i ściągnęła go. Naszym oczom ukazała się śliczna czerwono-włosa dziewczyna ze słodkim uśmiechem. Oczy Justina otworzyły się szeroko, złapał się za włosy i spuścił głowę.
-Co jest? _mruknęłam cicho.
-To nie możliwe... _powiedział kręcąc głową. –Zabiłem cię! _krzyknął a ja podskoczyłam ze strachu.
-Jak widzisz wciąż żyje. _powiedziała z uśmiechem.
-Co tu się do cholery dzieje? Ty nie możesz żyć! Pamiętam dokładnie jak krzyczałaś...

-Nie błagam! Nie zabijaj mnie!_ krzyczała przez płacz.
-Myślisz że to ci w czymś pomoże? _spytałem z kpiną.
-Nic nie zrobiłam! Dlaczego chcesz mnie zabić?
-Wystarczy że twój ojciec zrobił! _krzyknąłem łapiąc ją za szczękę.
-Nie rozumiem! Jesteś młody wiesz pewnie ile mam planów tak samo jak ty! Mam rodzinę, chłopaka... _płakała tak bardzo, to nakręcało mnie bardziej. Uśmiechnąłem się do siebie.
-Masz racje... też mam plany... a ty nic nie zrobiłaś.
-No właśnie. _powiedziała z lekkim uśmiechem.
-Oj jaka szkoda że ty już swoich nie spełnisz. _powiedziałem i w tym samym momencie przeciąłem jej szyje nożem. Jej ciało bezwładnie padło pod moimi stopami a krew momentalnie rozlała się w kałużę. Rozejrzałem się, założyłem kaptur i uciekłem.

-Zobacz jaki zbieg okoliczności... kiedyś byłeś jednym z nich a teraz sam przed nimi uciekasz. _powiedziała przechylając głowę w bok. Jak w horrorze.
-Ja... ja musiałem cię zabić... nie chciałem... ja...
-Jakoś wtedy nie okazałeś skruchy Bieber! _krzyknęła.
-Przysięgam że teraz żałuje wszystkich zabójstw... _powiedział przerażonym głosem.
-Wiem, wierzę ci... bo nie zabiłeś jej. _wskazała palcem na mnie. –Ona zmieniła twój umysł. Przestałeś być takim dupkiem i mordercą. Teraz jesteś dupkiem nadal ale nie tak wielkim...
-Skąd wiesz że miałem ją zabić? _spytał osłaniając mnie jeszcze bardziej swoim ciałem.
-Wiem dużo rzeczy...
-Jane... nie rób nam krzywdy proszę. _wymamrotałam.
-Nie bój się... nie zrobię. _powiedziała podchodząc do nas.
-Justin nie musisz jej tak bronić chcę się tylko przywitać.
-Nie waż się jej dotknąć! _warknął.
-Jest ok. _powiedziałam po czym Justin mnie puścił.
-Hej... _powiedziałam niepewnie.
-Siemka. Twój chłopak mnie zabił wiesz, a przynajmniej tak myślał. _mrugnęła do mnie.
-On nie jest moim chłopakiem... _powiedziałam cicho. Przysunęła usta do mojego ucha.
-Wiem, ale wiem też że bardzo byś tego chciała. _powiedziała cicho, przez co zarumieniłam się od razu.
-Jeśli nas nie śledzisz to dlaczego powiedziałaś że nie chcesz żeby nam się coś stało? _spytał Justin, Jane spojrzała na niego przewracając oczami.
-Bo tak i tyle ok.?
-Nie nie jest ok.! Przez ostatnie pare dni żyjemy w ciągłym stresie, może ja żyje w nim całe życie ale ona nie i nie zasłużyła na to! Ci popierdoleni ludzie chcą mojej śmierci bo nie spełniłem jednego rozkazu! Jednego! zabiłem setki ludzi dla nich... a tak bardzo zależy im na niej! Nie rozumiem tego... Jason nie wtajemnicza mnie już... _i w tym momencie urwał, wiedział że powiedział za dużo, ale ja musiałam dowiedzieć się jeszcze więcej!
 -Kto to jest Jason? _spytałam podchodząc do Justina.
-Nikt. _warknął z obrzydzeniem.
-Justin mi możesz powiedzieć... _powiedziałam głaskając kciukiem jego dłoń.  Justin zbliżył usta do mojego ucha, jego ciepły oddech obił się o moje ucho przez co zamknęłam oczy.
-Tobie tak ale jej nie. _szepnął.
-Posłuchaj Justin wiem kim jest Jason, nie musisz przykrywać się mną tylko dlatego że nie chcesz jej powiedzieć. _powiedziała z uśmieszkiem satysfakcji. Justin westchnął.
-No dobrze... Jason to...to mój brat. _powiedział przełykając ślinę. –Dowodzi tym gównem! Jest dla mnie nikim... całe życie mną pomiata... zabił naszą matke... _Justin spuścił głowę na dół. –To potwór. _dodał cicho. Pogłaskałam ręką jego ramie a on przytulił się do mnie. Zdziwiło mnie to co prawda ale po chwili odwzajemniłam uścisk. –Miałem 5lat kiedy zabrał mi matkę... _powiedział w moje włosy.
-Yhm, ja wciąż tu jestem... Justin ty też jesteś potworem. Zabrałeś rodzicom ich dzieci._ powiedziała przez co Justin przerwał uścisk i popatrzył w jej stronę.
-Ludzie się zmieniają...nadal nie rozumiem dlaczego twoja pierdolona osoba nie leży teraz zakopana pare metrów pod ziemią. W morderstwach nie popełniam błędu. _warknął.
-Ty się nie zmienisz, nadal masz w głowie obraz w którym mnie zabijasz i nadal nie jest ci przykro. Pomogę wam tylko dlatego że ona tu jest i nie poradzi sobie bez ciebie. W innym przypadku zabiłabym cię tak jak ty zrobiłeś to ze mną... _powiedziała przez zęby.
-Pomóż nam... jemu naprawdę jest przykro. _wtrąciłam się.
-A więc tak... musicie iść cały czas na zachód. Jakieś 3 km stąd jest schronisko. Dla ludzi nie dla zwierząt. Możecie się tam zatrzymać. Pobyt tam jest za darmo. Więc powodzenia. _powiedziała odchodząc.
-Dzięki! _krzyknęłam, po czym odwróciłam się do Justina.
-Ta szmata myśli że ma nade mną przewagę. _wymamrotał Justin.
-Pomogła nam... znowu uważasz że to spisek? _spytałam przekręcając głowę na bok.
-Taa... nie wiadomo czy oni jej nie wysłali... jak ona przeżyła?
-Skąd ja mam to do cholery wiedzieć, jesteś kiepskim mordercą jak widać. _zażartowałam, a on spojrzał na mnie z niedowierzaniem.
-Co ty powiedziałaś? _spytał podnosząc jedną brew do góry.
-Powiedziałam że jesteś kiepskim mordercą. _wzruszyłam ramionami.
-Jestem najlepszym mordercą kochanie, a ty jesteś najlepszą niezdarą. _uśmiechnął się łobuzersko.
-Nie prawda! _sprzeciwiłam się.
-Skręciłaś kostkę uciekając przed śmiercią.
-Nie jest skręcona, gdyby była nie stałabym nawet. Nie znasz się doktorku. _uśmiechnęłam się triumfalnie.
-I tak jesteś niezdarą... _ wzruszył ramionami.
-Nienawidzę cie. _mruknęłam.
-Nie prawda, kochasz mnie. _uśmiechnął się zadziornie.
-Nie! Spadaj! _krzyknęłam przyspieszając.
-Całowałaś mnie! _krzyknął za mną przez co przewróciło mi się w żołądku.
-No bo... to ze stresu! _krzyknęłam w swojej obronie.
-Taaa...  jasnee... albo jak mówiłaś... nie Justin tylko nie umieraj!_ próbował naśladować mój głos, a po chwili się zaśmiał. Poczułam smutek, nie lubie jak ktoś się ze mnie nabija... a zwłaszcza Justin. Założyłam ręce na piersi idąc nadal przed siebie.
-Przepraszam... znowu zachowuję się jak dupek wiem że się o mnie martwiłaś. _powiedział łapiąc mnie za rękę powodując że się zatrzymałam. –Chciałem tylko rozluźnić atmosferę...
-Nie lubie jak ze mnie żartujesz. _mruknęłam.
-Już nie będę obiecuje... _powiedział po czym mnie przytulił, i wtedy coś ostrego wbiło  mi się do ręki.
-Ała! _krzyknęłam odskakując, spojrzałam na Justina.
-Ten cholerny drut! _krzyknął Justin próbując go wyrwać.
-Nie! _podbiegłam do niego zatrzymując go przed tym. –Zrobisz sobie krzywdę. _powiedziałam patrząc mu w oczy.
-To co mam z tym gównem zrobić? _spytał.
-Nie jest wbity do żyły, na szczęście. Musi go wyjąć lekarz...bo ja boje się że się wykrwawisz.
-Dobra, jak dojdziemy to lekarz to zobaczy. Niech ci będzie. _powiedział wzruszając ramionami. Ruszyliśmy dalej na zachód, chciałam już być na miejscu.
-Pamiętasz jak udawaliśmy parę?_ zaśmiał się.
-Taa... miałam ochotę ci przywalić. _zachichotałam.
-Byłem żałosny każąc ci spać ze mną w jednym łóżku. _pokiwał głową ze śmiechem.
-Nic takiego się nie stało. Nie chrapałeś. _zaśmiałam się.
-To dobrze. _uśmiechnął się.  Chwilę szliśmy w ciszy, ale cały czas męczyło mnie jedno pytanie. Nie wytrzymałam.
- Dlaczego musiałeś służyć Jasonowi? _spytałam.  Justin zatrzymał się po czym westchnął.
-Nie mogę powiedzieć... _spuścił głowę w dół.
-Mi możesz powiedzieć wszystko... wiesz o tym...
-Nie to... przepraszam. _powiedział smutno.
-Ok. jak chcesz.
-Moje dzieciństwo nie było zbyt udane... mój ojciec nas zostawił a matka została zabita...
-Dlaczego Jason ją zabił? _spytałam.
-Miał 8lat... nie wiem dlaczego to zrobił. Nikt nie wie._ powiedział patrząc w ziemię.
-Jak można zabić własną matkę?
-Nie wiem... i tak całe moje życie jest do dupy. _warknął Justin kopiąc jakiś kamień.
-Nie, wcale nie. _sprzeciwiłam się.
-Nie wiesz tego, znasz mnie pare dni..._ wyrzucił ręce w powietrze.- Nie mam pracy, rodziny ,nikogo!
-Masz mnie. _powiedziałam łapią go za ręce. Spojrzał na mnie.
-Wiem...ale jestem tylko twoim przyjacielem. A przyjaciele i tak prędzej czy później mnie zostawiają..._ stwierdził smutno.
-Nie ja. Ja nigdy cię nie zostawię._ powiedziałam lekko całując go w policzek.  –Może znam cie parę dni ale wydaje mi się jakby całe życie...
-Ja tez mam takie wrażenie... dlatego muszę cię ochronić... nie mogą nas znaleźć. _powiedział całując mnie w czubek głowy.
-Gdy dojdziemy do schroniska zadzwonię do Dave’a. _oznajmiłam.
-Ok., tylko nie z twojej komórki... nie powinnaś jej używać już nigdy. _powiedział poważnie. –A teraz się pospieszmy jeśli nie chcesz spędzić kolejnej nocy w tym lesie. _powiedział ruszając. Pobiegłam za nim.

***
Po paru godzinach doszliśmy do schroniska. Był to dwupiętrowy budynek z drewna, pomalowany na zielono. Nad drzwiami pisało SCHRONISKO DLA TURYSTÓW. Mają tu jakiś turystów? Tak blisko tych debili? Pchnęłam drewniane drzwi i weszłam do środka. Przy recepcji stał stary mężczyzna, z siwymi włosami i brodą. Był ubrany w zieloną kamizelkę i seledynową koszulę. Chciał zlać się z domem? Poczułam dłoń Justina na moim ramieniu.
-Ja to załatwię. _powiedział.
-Dobrze. _uśmiechnęłam się. Justin podszedł do lady i uśmiechnął się.
-Siemka, potrzebny nam  pokój.
-Dzień dobry. Imię i nazwiskooo..._spojrzał na Justina z szeroko otwartymi oczami. –Dlaczego pan jest bez koszulki i ma pan drut w ręce? _spytał ze zdziwieniem. 
-Em....chcemy odpocząć... napadli nas. _skłamał.
-Wezwę policję. _oznajmił sięgając do telefonu. A więc ma tu telefon. Świetnie.
-Nie trzeba... jutro wezwę nie mam teraz na to siły.
-Dobrze a więc wasze imiona i nazwiska? _spytał otwierając zeszyt.
-Eee... Louis Stwert i... Nina... Collins... _powiedział niepewnie się uśmiechając.
-Dobrze. Pokój małżeński?_ spytał patrząc na nas. Justin odwrócił się w moją stronę pytającym wzrokiem. Kiwnęłam głową na tak. Tak wiem że to dziwne ale przy nim czuję się bezpiecznie i będziemy w tym łóżku spać a nie...
Justin wziął klucz i kiwając głową poszedł w stronę schodów. Poszłam za nim. Weszliśmy na drugie piętro. Justin podszedł do pokoju nr. 69 zaśmiał się kręcąc głową,  przekręcając kluczyk otworzył pokój i weszliśmy. ? 69 co to kurde... jakiś spisek. Pokój był skromny, gorszy od tamtego w motelu. Było tu pełno kurzu. Położyłam się na łóżku mając wszystko w nosie (ładnie mówiąc). Chciałam tylko chwilkę odsapnąć.
-69..._ zaśmiał się Justin. Podniosłam głowę i spojrzałam na niego wzrokiem „nie wiem o co ci chodzi”.
-Co?_ udawałam głupią, jeśli nie wie że wiem (xd) to  nie będzie niczego próbował. Chyba.
-Nie wiesz co to za liczba?_ spytał kręcąc głową.
-Nie... normalna liczba nie wiem o co ci chodzi...
-69 to taka nazwa... _zaśmiał się.
-Aha... super. _pokręciłam głową kładąc ją z powrotem.
-Jak możesz nie wiedzieć... specjalnie wziąłem taki numer a ty nie załapałaś. Lol. _zrobił minę obłąkanego psiaka.
-Co miałam załapać? _spytałam.
-Nie ważne... _powiedział kładąc się na łóżku obok mnie.
-Co myślałeś że jak weźmiesz pokój 69 to się z tobą prześpię?  _spytałam przewracając oczami, wstałam i założyłam ręce na piersi.
-Nie! Nic takiego nie miałem na myśli! Znowu jesteś zła... nic nie zrobiłem. Pokój jak pokój.  A ty się rzucasz...
-Przepraszam... ta cała sytuacja mnie przeraża... _powiedziałam smutno, łapiąc się za głowę. - Wiem że chcesz żebym się wyluzowała.. no ale nie potrafię. Nawet nie wiem gdzie są Dave i Dina. Czy wszystko z nimi ok., wiem że się o mnie martwią, ale nic nie mogę zrobić. _powiedziałam na jednym tchu, poczułam łzy na moich policzkach. Justin wstał i podszedł do mnie. Chwycił dwoma palcami moją brodę żebym spojrzała mu w oczy.
-Wszystko będzie dobrze._ powiedział patrząc mi głęboko w oczy.
Pokiwałam głową na tak, choć wiedziałam że będzie inaczej.
-A teraz się połóż i zaśnij._ rozkazał.
-Nie chcę spać, za bardzo się boje..._ powiedziałam przełykając ślinę.
-Czego? Tych gnoi?_ spytał podnosząc jedną brew. Pokiwałam głową na tak. –Nie masz się czego bać, jestem tutaj w pełni sił do walki._ uśmiechnął się zadziornie. –Dopiero zobaczysz jaki ze mnie superman._ Zachichotał napinając mięśnie. Zaśmiałam się, a on uśmiechnął się z satysfakcją, jest taki kochany robi wszystko żeby mnie rozśmieszyć i uspokoić. Ale i tak przypominając sobie co się wydarzyło momentalnie przeszedł mnie dreszcz, Justin to zauważył bo jego mina posmutniała.
-Line... skarbie, nie bój się._ powiedział przytulając mnie do siebie. –Tej nocy będziesz spać spokojnie... obiecuje._ pocałował mnie w czubek głowy. –Nie będę spać. Będę patrzył na ciebie całą noc i nic ci się nie stanie.
-Ty też musisz spać. _powiedziałam odsuwając się. –Potrzebujesz snu, jesteś wyczerpany.
-Wytrzymam. _powiedział z uśmiechem.
-Nie Justin, musisz odpocząć i koniec. _powiedziałam pchając go w stronę łóżka.
-Dobra, dobra... _podniósł ręce w obronnym geście.
-No. _uśmiechnęłam się z satysfakcją. Justin pokręcił głową i zaczął odpinać rozporek.
-Em... co ty robisz? _spytałam wskazując palcem na jego rozporek.
-Rozbieram spodnie... śpie w bokserkach? _powiedział jakby to było oczywiste.
-Um... aha..._ powiedziałam przygryzając wargę.
-Nie bój się, nie zgwałcę cie w nocy. _zaśmiał się.
-Justin! _krzyknęłam sfrustrowana.
-No co? _spytał ze śmiechem. Został w samych czarnych bokserkach . Oblizałam usta, w mojej głowie zaczęło pojawiać się dużo niepotrzebnych myśli. Na przykład? Na przykład, że pod tymi bokserkami nic więcej już nie ma. Oblatywałam jego ciało wzrokiem, aż natknęłam się na jego piorunujące mnie oczy. Szybko się otrząsnęłam.
-Jeśli chcesz się ze mną pieprzyć po prostu to powiedz. _powiedział z łobuzerskim uśmiechem, od razu się zarumieniłam przygryzając wargę.
-Nie... ja tylko... sorki. _powiedziałam cicho.
-Tak tak... _powiedział machając ręką, a następnie kładąc się na łóżku. Spojrzałam na niego niepewnie. Patrzył w sufit. Szybko rozpięłam rozporek moich spodni i ściągnęłam je. Ułożyłam je na krześle i położyłam się obok niego.
-Nie sądziłam że jeszcze kiedyś wyląduje z tobą na jednym łóżku. _powiedziałam patrząc w sufit.
-A ja tak. _wzruszył ramionami.
-Co?_ spytałam patrząc na niego ze zdziwieniem.
-Wiedziałem że i tak cię przelecę.
-Wiesz co, jesteś dupkiem. _skwitowałam.
-Tak wiem, wszyscy mi to mówią.
-To po co się tak zachowujesz?_ spytałam podpierając się na łokciu.
-Bo to ja? _spojrzał na mnie. Pokręciłam głową.
-Ale potrafisz być też nie dupkiem. _zaśmiałam się. –Jesteś wtedy... nawet cudowny._powiedziałam przygryzając wnętrze policzka.
-Hmm.. a kiedy taki jestem? _spytał flirtującym głosem.
-Niech pomyślę...jak chcesz mnie bronić, albo pocieszasz... wtedy jesteś cudownym Justinem. _zaśmiałam się.
-A jeśli tego nie robie nie jestem cudowny? Muszę cały czas zgrywać bohatera? _spytał patrząc na mnie.
-Nie, nie musisz... źle mnie zrozumiałeś... nie ważne._ pokręciłam głową.
-Śpij już. Jutro musimy się stąd wynieś. _powiedział gasząc światło.
-Dobranoc. _powiedziałam odwracając się na bok.
-Dobranoc._ odpowiedział.

***
Ciemny zaułek. Moje serce biło mocno. Czułam że tracę siły. W mojej ręce był drut. Po mojej koszulce spływała krew. Biegłam szybciej. Nagle dostrzegłam światło na końcu ulicy. Jakaś osoba stałą tam i paliła papierosa.
-Halo! Pomocy!_ krzyczałam. Osoba spojrzała na mnie, zgasiła papierosa i zaczęła biec w moim kierunku. Poczułam strach. Zaczęłam się cofać. Po chwili para silnych rąk złapała mnie.

Echo... odbijało się w mojej głowie. Słowa „już nie żyjesz” brzmiały jak mroczna melodia. Nagle obraz stał się wyraźny. Nade mną stało dwóch ludzi w kapturach. Wystraszyłam się.  Porwali mnie. Mają mnie. To koniec.
-Wreszcie cię mamy! _krzyknął jeden z nich.
-Zobacz jaki plan zaplanował dla ciebie los. _wskazał ręką na okno. Wyjrzałam przez nie. Nie widziałam wyraźnie. Przyglądając się uważniej dostrzegłam coś co mną wstrząsnęło.. Justin wisiał na drzewie, na linie... krew lała się z jego głowy. Nie żył. Jego ciało było sine. Poczułam jak nogi mi się uginają. Zaczęłam słabnąć.
-Nieeeeeeeeeee! _krzyknęłam, upadając z płaczem na kolana.
*

Usiadłam w sekundzie, szybko oddychając. Byłam w schronisku. Odetchnęłam z ulgą.  Po chwili poczułam czyjąś rękę na moich plecach. Drgnęłam ze strachu, ale zobaczyłam że to Justin.
-Co się stało? _spytał ospałym, zachrypłym głosem.
-Nie...nic...śpij. _szepnęłam trzęsąc się.
-Zły sen?_ spytał z troską.
-Tak...
-Choć tutaj..._ powiedział wyciągając ramiona. Przysunęłam się do niego i wtuliłam w jego klatkę piersiową. Owinął swoje ręce wokół mojego ciała. W jego ramionach czułam że nic mi nie grozi. To było cudowne.
-Co ci się śniło? _spytał głaskając moje plecy ręką.
-Że mnie gonili, potem porwali a na końcu... _te słowa nie chciały mi przejść przez gardło. –Zobaczyłam ciebie martwego, wisiałeś na linie... _mój głos zadrżał.
-Głupi sen... nie przejmuj się. _pocałował mnie w czubek głowy. Lubię jak to robi.
-Wiem. _wymamrotałam.
-Jestem przy tobie i zawszę będę. _szepnął mi we włosy. Wtuliłam się w niego jeszcze bardziej jeśli to wg. możliwe. Zasnęłam.
------------------------------------------------------------------------------------------------

Tak wiem że słowo przepraszam jest najczęściej używanym przeze mnie słowem ale...
przepraszam że ta długo nie było rozdziału. 
Było teraz bardzo dużo popraw więc nie miałam czasu. 
Mam nadzieje że się nie gniewacie ;p
*
Słodko się dzieje :* a to dopiero początek <3 
nowa bohaterka zobaczcie w tym poście ---> LINK
proszę o komenty... jeśli czytacie skomentujcie jakkolwiek proszeeee....
dla mnie znaczy to wiele...
@haniabiebs