Ciemna
postać z wielkim psem na smyczy stała kilka metrów od nas. Miała kaptur. Standardowo.
Spojrzałam na Justina przygryzając wargę. Stał nieruchomo z kamienną twarzą.
Jakby nad czymś myślał.
-Justin..
_szarpnęłam go za rękę.
-Nie
bój się Line, to nie oni. _powiedział przymrużając oczy. Odwróciłam się w
stronę postaci. Skąd on wie że to nie oni? Ten ktoś ma kaptur i szedł za nami.
Nie rozumiem...
-Jak
to? _powiedziałam nie rozumiejąc.
-Jest
tylko jeden, oni przyszliby w grupie. A ten pies jest zwykłym psem... to nie
oni. _powiedział spokojnie.
-Czyli
kto to? _spytałam łapiąc go za rękę.
-Nie
wiem.
Ciemna
postać zaczęła się zbliżać, ze strachu schowałam się za Justinem nadal
trzymając go za rękę. Jak długo był przymnie tak długo czułam się bezpiecznie.
-Kim
jesteś i po co za nami idziesz? _warknął Justin a żyły na jego szyi zaczęły być
widoczne. Postać nie odpowiedziała tylko nadal szła w naszą stronę.
-Czego
od nas chcesz? _krzyknął Justin z jadem w głosie. Postać zatrzymała się dwa
metry od nas. Uniosła głowę. Przez moje ciało przeszedł dreszcz. Złapałam
Justina jeszcze mocniej.
-Jestem
Jane. _powiedział spokojny, kobiecy głos. –I wcale za wami nie idę, szłam z
psem na spacer.
-Tak
szłaś na spacer naszym tropem! _krzyknął Justin.
-Nie
bój się Justin... _powiedziała Jane, a Justin pokiwał głową i się zaśmiał
ironicznie.
-Skąd
wiesz jak się nazywam? _syknął.
-Po
prostu wiem, a ty Line... trzęsiesz się jak galareta. Uspokój się, nie zrobię
ci krzywdy. _jej głos był tak spokojny że aż przerażający.
-Czego
ty chcesz? _spytał Justin.
-Niczego...
po prostu nie chce żebyście zginęli. Macie jeszcze sporo przed sobą.
_powiedziała głaszcząc psa.
-Oni
cię przysłali? _spytał Justin zaciskając pięść.
-Nie...
nie należę do nich! _powiedziała pierwszy raz podnosząc ton. Złapała za końce
kaptura i ściągnęła go. Naszym oczom ukazała się śliczna czerwono-włosa
dziewczyna ze słodkim uśmiechem. Oczy Justina otworzyły się szeroko, złapał się
za włosy i spuścił głowę.
-Co
jest? _mruknęłam cicho.
-To
nie możliwe... _powiedział kręcąc głową. –Zabiłem cię! _krzyknął a ja
podskoczyłam ze strachu.
-Jak
widzisz wciąż żyje. _powiedziała z uśmiechem.
-Co
tu się do cholery dzieje? Ty nie możesz żyć! Pamiętam dokładnie jak
krzyczałaś...
-Nie błagam! Nie zabijaj mnie!_
krzyczała przez płacz.
-Myślisz
że to ci w czymś pomoże? _spytałem z kpiną.
-Nic
nie zrobiłam! Dlaczego chcesz mnie zabić?
-Wystarczy
że twój ojciec zrobił! _krzyknąłem łapiąc ją za szczękę.
-Nie
rozumiem! Jesteś młody wiesz pewnie ile mam planów tak samo jak ty! Mam
rodzinę, chłopaka... _płakała tak bardzo, to nakręcało mnie bardziej.
Uśmiechnąłem się do siebie.
-Masz
racje... też mam plany... a ty nic nie zrobiłaś.
-No
właśnie. _powiedziała z lekkim uśmiechem.
-Oj
jaka szkoda że ty już swoich nie spełnisz. _powiedziałem i w tym samym momencie
przeciąłem jej szyje nożem. Jej ciało bezwładnie padło pod moimi stopami a krew
momentalnie rozlała się w kałużę. Rozejrzałem się, założyłem kaptur i uciekłem.
-Zobacz
jaki zbieg okoliczności... kiedyś byłeś jednym z nich a teraz sam przed nimi
uciekasz. _powiedziała przechylając głowę w bok. Jak w horrorze.
-Ja...
ja musiałem cię zabić... nie chciałem... ja...
-Jakoś
wtedy nie okazałeś skruchy Bieber! _krzyknęła.
-Przysięgam
że teraz żałuje wszystkich zabójstw... _powiedział przerażonym głosem.
-Wiem,
wierzę ci... bo nie zabiłeś jej. _wskazała palcem na mnie. –Ona zmieniła twój
umysł. Przestałeś być takim dupkiem i mordercą. Teraz jesteś dupkiem nadal ale
nie tak wielkim...
-Skąd
wiesz że miałem ją zabić? _spytał osłaniając mnie jeszcze bardziej swoim
ciałem.
-Wiem
dużo rzeczy...
-Jane...
nie rób nam krzywdy proszę. _wymamrotałam.
-Nie
bój się... nie zrobię. _powiedziała podchodząc do nas.
-Justin
nie musisz jej tak bronić chcę się tylko przywitać.
-Nie
waż się jej dotknąć! _warknął.
-Jest
ok. _powiedziałam po czym Justin mnie puścił.
-Hej...
_powiedziałam niepewnie.
-Siemka.
Twój chłopak mnie zabił wiesz, a przynajmniej tak myślał. _mrugnęła do mnie.
-On
nie jest moim chłopakiem... _powiedziałam cicho. Przysunęła usta do mojego
ucha.
-Wiem,
ale wiem też że bardzo byś tego chciała. _powiedziała cicho, przez co
zarumieniłam się od razu.
-Jeśli
nas nie śledzisz to dlaczego powiedziałaś że nie chcesz żeby nam się coś stało?
_spytał Justin, Jane spojrzała na niego przewracając oczami.
-Bo
tak i tyle ok.?
-Nie
nie jest ok.! Przez ostatnie pare dni żyjemy w ciągłym stresie, może ja żyje w
nim całe życie ale ona nie i nie zasłużyła na to! Ci popierdoleni ludzie chcą
mojej śmierci bo nie spełniłem jednego rozkazu! Jednego! zabiłem setki ludzi
dla nich... a tak bardzo zależy im na niej! Nie rozumiem tego... Jason nie
wtajemnicza mnie już... _i w tym momencie urwał, wiedział że powiedział za
dużo, ale ja musiałam dowiedzieć się jeszcze więcej!
-Kto to jest Jason? _spytałam podchodząc do
Justina.
-Nikt.
_warknął z obrzydzeniem.
-Justin
mi możesz powiedzieć... _powiedziałam głaskając kciukiem jego dłoń. Justin zbliżył usta do mojego ucha, jego
ciepły oddech obił się o moje ucho przez co zamknęłam oczy.
-Tobie
tak ale jej nie. _szepnął.
-Posłuchaj
Justin wiem kim jest Jason, nie musisz przykrywać się mną tylko dlatego że nie
chcesz jej powiedzieć. _powiedziała z uśmieszkiem satysfakcji. Justin
westchnął.
-No
dobrze... Jason to...to mój brat. _powiedział przełykając ślinę. –Dowodzi tym
gównem! Jest dla mnie nikim... całe życie mną pomiata... zabił naszą matke...
_Justin spuścił głowę na dół. –To potwór. _dodał cicho. Pogłaskałam ręką jego
ramie a on przytulił się do mnie. Zdziwiło mnie to co prawda ale po chwili
odwzajemniłam uścisk. –Miałem 5lat kiedy zabrał mi matkę... _powiedział w moje
włosy.
-Yhm,
ja wciąż tu jestem... Justin ty też jesteś potworem. Zabrałeś rodzicom ich
dzieci._ powiedziała przez co Justin przerwał uścisk i popatrzył w jej stronę.
-Ludzie
się zmieniają...nadal nie rozumiem dlaczego twoja pierdolona osoba nie leży
teraz zakopana pare metrów pod ziemią. W morderstwach nie popełniam błędu.
_warknął.
-Ty
się nie zmienisz, nadal masz w głowie obraz w którym mnie zabijasz i nadal nie
jest ci przykro. Pomogę wam tylko dlatego że ona tu jest i nie poradzi sobie
bez ciebie. W innym przypadku zabiłabym cię tak jak ty zrobiłeś to ze mną...
_powiedziała przez zęby.
-Pomóż
nam... jemu naprawdę jest przykro. _wtrąciłam się.
-A
więc tak... musicie iść cały czas na zachód. Jakieś 3 km stąd jest schronisko.
Dla ludzi nie dla zwierząt. Możecie się tam zatrzymać. Pobyt tam jest za darmo.
Więc powodzenia. _powiedziała odchodząc.
-Dzięki!
_krzyknęłam, po czym odwróciłam się do Justina.
-Ta
szmata myśli że ma nade mną przewagę. _wymamrotał Justin.
-Pomogła
nam... znowu uważasz że to spisek? _spytałam przekręcając głowę na bok.
-Taa...
nie wiadomo czy oni jej nie wysłali... jak ona przeżyła?
-Skąd
ja mam to do cholery wiedzieć, jesteś kiepskim mordercą jak widać.
_zażartowałam, a on spojrzał na mnie z niedowierzaniem.
-Co
ty powiedziałaś? _spytał podnosząc jedną brew do góry.
-Powiedziałam
że jesteś kiepskim mordercą. _wzruszyłam ramionami.
-Jestem
najlepszym mordercą kochanie, a ty jesteś najlepszą niezdarą. _uśmiechnął się
łobuzersko.
-Nie
prawda! _sprzeciwiłam się.
-Skręciłaś
kostkę uciekając przed śmiercią.
-Nie
jest skręcona, gdyby była nie stałabym nawet. Nie znasz się doktorku.
_uśmiechnęłam się triumfalnie.
-I
tak jesteś niezdarą... _ wzruszył ramionami.
-Nienawidzę
cie. _mruknęłam.
-Nie
prawda, kochasz mnie. _uśmiechnął się zadziornie.
-Nie!
Spadaj! _krzyknęłam przyspieszając.
-Całowałaś
mnie! _krzyknął za mną przez co przewróciło mi się w żołądku.
-No
bo... to ze stresu! _krzyknęłam w swojej obronie.
-Taaa... jasnee... albo jak mówiłaś... nie Justin
tylko nie umieraj!_ próbował naśladować mój głos, a po chwili się zaśmiał.
Poczułam smutek, nie lubie jak ktoś się ze mnie nabija... a zwłaszcza Justin.
Założyłam ręce na piersi idąc nadal przed siebie.
-Przepraszam...
znowu zachowuję się jak dupek wiem że się o mnie martwiłaś. _powiedział łapiąc
mnie za rękę powodując że się zatrzymałam. –Chciałem tylko rozluźnić
atmosferę...
-Nie
lubie jak ze mnie żartujesz. _mruknęłam.
-Już
nie będę obiecuje... _powiedział po czym mnie przytulił, i wtedy coś ostrego
wbiło mi się do ręki.
-Ała!
_krzyknęłam odskakując, spojrzałam na Justina.
-Ten
cholerny drut! _krzyknął Justin próbując go wyrwać.
-Nie!
_podbiegłam do niego zatrzymując go przed tym. –Zrobisz sobie krzywdę.
_powiedziałam patrząc mu w oczy.
-To
co mam z tym gównem zrobić? _spytał.
-Nie
jest wbity do żyły, na szczęście. Musi go wyjąć lekarz...bo ja boje się że się
wykrwawisz.
-Dobra,
jak dojdziemy to lekarz to zobaczy. Niech ci będzie. _powiedział wzruszając
ramionami. Ruszyliśmy dalej na zachód, chciałam już być na miejscu.
-Pamiętasz
jak udawaliśmy parę?_ zaśmiał się.
-Taa...
miałam ochotę ci przywalić. _zachichotałam.
-Byłem
żałosny każąc ci spać ze mną w jednym łóżku. _pokiwał głową ze śmiechem.
-Nic
takiego się nie stało. Nie chrapałeś. _zaśmiałam się.
-To
dobrze. _uśmiechnął się. Chwilę szliśmy
w ciszy, ale cały czas męczyło mnie jedno pytanie. Nie wytrzymałam.
-
Dlaczego musiałeś służyć Jasonowi? _spytałam.
Justin zatrzymał się po czym westchnął.
-Nie
mogę powiedzieć... _spuścił głowę w dół.
-Mi
możesz powiedzieć wszystko... wiesz o tym...
-Nie
to... przepraszam. _powiedział smutno.
-Ok.
jak chcesz.
-Moje
dzieciństwo nie było zbyt udane... mój ojciec nas zostawił a matka została
zabita...
-Dlaczego
Jason ją zabił? _spytałam.
-Miał
8lat... nie wiem dlaczego to zrobił. Nikt nie wie._ powiedział patrząc w
ziemię.
-Jak
można zabić własną matkę?
-Nie
wiem... i tak całe moje życie jest do dupy. _warknął Justin kopiąc jakiś
kamień.
-Nie,
wcale nie. _sprzeciwiłam się.
-Nie
wiesz tego, znasz mnie pare dni..._ wyrzucił ręce w powietrze.- Nie mam pracy,
rodziny ,nikogo!
-Masz
mnie. _powiedziałam łapią go za ręce. Spojrzał na mnie.
-Wiem...ale
jestem tylko twoim przyjacielem. A przyjaciele i tak prędzej czy później mnie
zostawiają..._ stwierdził smutno.
-Nie
ja. Ja nigdy cię nie zostawię._ powiedziałam lekko całując go w policzek. –Może znam cie parę dni ale wydaje mi się
jakby całe życie...
-Ja
tez mam takie wrażenie... dlatego muszę cię ochronić... nie mogą nas znaleźć.
_powiedział całując mnie w czubek głowy.
-Gdy
dojdziemy do schroniska zadzwonię do Dave’a. _oznajmiłam.
-Ok.,
tylko nie z twojej komórki... nie powinnaś jej używać już nigdy. _powiedział
poważnie. –A teraz się pospieszmy jeśli nie chcesz spędzić kolejnej nocy w tym
lesie. _powiedział ruszając. Pobiegłam za nim.
***
Po
paru godzinach doszliśmy do schroniska. Był to dwupiętrowy budynek z drewna,
pomalowany na zielono. Nad drzwiami pisało SCHRONISKO DLA TURYSTÓW. Mają tu
jakiś turystów? Tak blisko tych debili? Pchnęłam drewniane drzwi i weszłam do
środka. Przy recepcji stał stary mężczyzna, z siwymi włosami i brodą. Był
ubrany w zieloną kamizelkę i seledynową koszulę. Chciał zlać się z domem?
Poczułam dłoń Justina na moim ramieniu.
-Ja
to załatwię. _powiedział.
-Dobrze.
_uśmiechnęłam się. Justin podszedł do lady i uśmiechnął się.
-Siemka,
potrzebny nam pokój.
-Dzień
dobry. Imię i nazwiskooo..._spojrzał na Justina z szeroko otwartymi oczami.
–Dlaczego pan jest bez koszulki i ma pan drut w ręce? _spytał ze
zdziwieniem.
-Em....chcemy
odpocząć... napadli nas. _skłamał.
-Wezwę
policję. _oznajmił sięgając do telefonu. A więc ma tu telefon. Świetnie.
-Nie
trzeba... jutro wezwę nie mam teraz na to siły.
-Dobrze
a więc wasze imiona i nazwiska? _spytał otwierając zeszyt.
-Eee... Louis Stwert i... Nina... Collins... _powiedział niepewnie się
uśmiechając.
-Dobrze.
Pokój małżeński?_ spytał patrząc na nas. Justin odwrócił się w moją stronę
pytającym wzrokiem. Kiwnęłam głową na tak. Tak wiem że to dziwne ale przy nim
czuję się bezpiecznie i będziemy w tym łóżku spać a nie...
Justin
wziął klucz i kiwając głową poszedł w stronę schodów. Poszłam za nim. Weszliśmy
na drugie piętro. Justin podszedł do pokoju nr. 69 zaśmiał się kręcąc
głową, przekręcając kluczyk otworzył
pokój i weszliśmy. ? 69 co to kurde... jakiś spisek. Pokój był skromny, gorszy
od tamtego w motelu. Było tu pełno kurzu. Położyłam się na łóżku mając wszystko
w nosie (ładnie mówiąc). Chciałam tylko chwilkę odsapnąć.
-69..._
zaśmiał się Justin. Podniosłam głowę i spojrzałam na niego wzrokiem „nie wiem o
co ci chodzi”.
-Co?_
udawałam głupią, jeśli nie wie że wiem (xd) to
nie będzie niczego próbował. Chyba.
-Nie
wiesz co to za liczba?_ spytał kręcąc głową.
-Nie...
normalna liczba nie wiem o co ci chodzi...
-69
to taka nazwa... _zaśmiał się.
-Aha...
super. _pokręciłam głową kładąc ją z powrotem.
-Jak
możesz nie wiedzieć... specjalnie wziąłem taki numer a ty nie załapałaś. Lol.
_zrobił minę obłąkanego psiaka.
-Co
miałam załapać? _spytałam.
-Nie
ważne... _powiedział kładąc się na łóżku obok mnie.
-Co
myślałeś że jak weźmiesz pokój 69 to się z tobą prześpię? _spytałam przewracając oczami, wstałam i
założyłam ręce na piersi.
-Nie!
Nic takiego nie miałem na myśli! Znowu jesteś zła... nic nie zrobiłem. Pokój
jak pokój. A ty się rzucasz...
-Przepraszam...
ta cała sytuacja mnie przeraża... _powiedziałam smutno, łapiąc się za głowę. -
Wiem że chcesz żebym się wyluzowała.. no ale nie potrafię. Nawet nie wiem gdzie
są Dave i Dina. Czy wszystko z nimi ok., wiem że się o mnie martwią, ale nic
nie mogę zrobić. _powiedziałam na jednym tchu, poczułam łzy na moich
policzkach. Justin wstał i podszedł do mnie. Chwycił dwoma palcami moją brodę
żebym spojrzała mu w oczy.
-Wszystko
będzie dobrze._ powiedział patrząc mi głęboko w oczy.
Pokiwałam
głową na tak, choć wiedziałam że będzie inaczej.
-A
teraz się połóż i zaśnij._ rozkazał.
-Nie
chcę spać, za bardzo się boje..._ powiedziałam przełykając ślinę.
-Czego?
Tych gnoi?_ spytał podnosząc jedną brew. Pokiwałam głową na tak. –Nie masz się
czego bać, jestem tutaj w pełni sił do walki._ uśmiechnął się zadziornie.
–Dopiero zobaczysz jaki ze mnie superman._ Zachichotał napinając
mięśnie. Zaśmiałam się, a on uśmiechnął się z satysfakcją, jest taki kochany
robi wszystko żeby mnie rozśmieszyć i uspokoić. Ale i tak przypominając sobie
co się wydarzyło momentalnie przeszedł mnie dreszcz, Justin to zauważył bo jego
mina posmutniała.
-Line...
skarbie, nie bój się._ powiedział przytulając mnie do siebie. –Tej nocy
będziesz spać spokojnie... obiecuje._ pocałował mnie w czubek głowy. –Nie będę
spać. Będę patrzył na ciebie całą noc i nic ci się nie stanie.
-Ty
też musisz spać. _powiedziałam odsuwając się. –Potrzebujesz snu, jesteś wyczerpany.
-Wytrzymam.
_powiedział z uśmiechem.
-Nie
Justin, musisz odpocząć i koniec. _powiedziałam pchając go w stronę łóżka.
-Dobra,
dobra... _podniósł ręce w obronnym geście.
-No.
_uśmiechnęłam się z satysfakcją. Justin pokręcił głową i zaczął odpinać rozporek.
-Em...
co ty robisz? _spytałam wskazując palcem na jego rozporek.
-Rozbieram
spodnie... śpie w bokserkach? _powiedział jakby to było oczywiste.
-Um...
aha..._ powiedziałam przygryzając wargę.
-Nie
bój się, nie zgwałcę cie w nocy. _zaśmiał się.
-Justin!
_krzyknęłam sfrustrowana.
-No
co? _spytał ze śmiechem. Został w samych czarnych bokserkach . Oblizałam usta,
w mojej głowie zaczęło pojawiać się dużo niepotrzebnych myśli. Na przykład? Na
przykład, że pod tymi bokserkami nic więcej już nie ma. Oblatywałam jego ciało
wzrokiem, aż natknęłam się na jego piorunujące mnie oczy. Szybko się
otrząsnęłam.
-Jeśli
chcesz się ze mną pieprzyć po prostu to powiedz. _powiedział z łobuzerskim
uśmiechem, od razu się zarumieniłam przygryzając wargę.
-Nie...
ja tylko... sorki. _powiedziałam cicho.
-Tak
tak... _powiedział machając ręką, a następnie kładąc się na łóżku. Spojrzałam
na niego niepewnie. Patrzył w sufit. Szybko rozpięłam rozporek moich spodni i
ściągnęłam je. Ułożyłam je na krześle i położyłam się obok niego.
-Nie
sądziłam że jeszcze kiedyś wyląduje z tobą na jednym łóżku. _powiedziałam
patrząc w sufit.
-A
ja tak. _wzruszył ramionami.
-Co?_
spytałam patrząc na niego ze zdziwieniem.
-Wiedziałem
że i tak cię przelecę.
-Wiesz
co, jesteś dupkiem. _skwitowałam.
-Tak
wiem, wszyscy mi to mówią.
-To
po co się tak zachowujesz?_ spytałam podpierając się na łokciu.
-Bo
to ja? _spojrzał na mnie. Pokręciłam głową.
-Ale
potrafisz być też nie dupkiem. _zaśmiałam się. –Jesteś wtedy... nawet
cudowny._powiedziałam przygryzając wnętrze policzka.
-Hmm..
a kiedy taki jestem? _spytał flirtującym głosem.
-Niech
pomyślę...jak chcesz mnie bronić, albo pocieszasz... wtedy jesteś cudownym
Justinem. _zaśmiałam się.
-A
jeśli tego nie robie nie jestem cudowny? Muszę cały czas zgrywać bohatera?
_spytał patrząc na mnie.
-Nie,
nie musisz... źle mnie zrozumiałeś... nie ważne._ pokręciłam głową.
-Śpij
już. Jutro musimy się stąd wynieś. _powiedział gasząc światło.
-Dobranoc.
_powiedziałam odwracając się na bok.
-Dobranoc._
odpowiedział.
***
Ciemny zaułek. Moje serce biło
mocno. Czułam że tracę siły. W mojej ręce był drut. Po mojej koszulce spływała
krew. Biegłam szybciej. Nagle dostrzegłam światło na końcu ulicy. Jakaś osoba
stałą tam i paliła papierosa.
-Halo! Pomocy!_ krzyczałam. Osoba
spojrzała na mnie, zgasiła papierosa i zaczęła biec w moim kierunku. Poczułam
strach. Zaczęłam się cofać. Po chwili para silnych rąk złapała mnie.
Echo... odbijało się w mojej
głowie. Słowa „już nie żyjesz” brzmiały jak mroczna melodia. Nagle obraz stał
się wyraźny. Nade mną stało dwóch ludzi w kapturach. Wystraszyłam się. Porwali mnie. Mają mnie. To koniec.
-Wreszcie cię mamy! _krzyknął
jeden z nich.
-Zobacz jaki plan zaplanował dla
ciebie los. _wskazał ręką na okno. Wyjrzałam przez nie. Nie widziałam wyraźnie.
Przyglądając się uważniej dostrzegłam coś co mną wstrząsnęło.. Justin wisiał na
drzewie, na linie... krew lała się z jego głowy. Nie żył. Jego ciało było sine.
Poczułam jak nogi mi się uginają. Zaczęłam słabnąć.
-Nieeeeeeeeeee! _krzyknęłam,
upadając z płaczem na kolana.
*
Usiadłam
w sekundzie, szybko oddychając. Byłam w schronisku. Odetchnęłam z ulgą. Po chwili poczułam czyjąś rękę na moich
plecach. Drgnęłam ze strachu, ale zobaczyłam że to Justin.
-Co
się stało? _spytał ospałym, zachrypłym głosem.
-Nie...nic...śpij.
_szepnęłam trzęsąc się.
-Zły
sen?_ spytał z troską.
-Tak...
-Choć
tutaj..._ powiedział wyciągając ramiona. Przysunęłam się do niego i wtuliłam w
jego klatkę piersiową. Owinął swoje ręce wokół mojego ciała. W jego ramionach czułam
że nic mi nie grozi. To było cudowne.
-Co
ci się śniło? _spytał głaskając moje plecy ręką.
-Że
mnie gonili, potem porwali a na końcu... _te słowa nie chciały mi przejść przez
gardło. –Zobaczyłam ciebie martwego, wisiałeś na linie... _mój głos zadrżał.
-Głupi
sen... nie przejmuj się. _pocałował mnie w czubek głowy. Lubię jak to
robi.
-Wiem.
_wymamrotałam.
-Jestem
przy tobie i zawszę będę. _szepnął mi we włosy. Wtuliłam się w niego jeszcze
bardziej jeśli to wg. możliwe. Zasnęłam.
------------------------------------------------------------------------------------------------
Tak wiem że słowo przepraszam jest najczęściej używanym przeze mnie słowem ale...
przepraszam że ta długo nie było rozdziału.
Było teraz bardzo dużo popraw więc nie miałam czasu.
Mam nadzieje że się nie gniewacie ;p
*
Słodko się dzieje :* a to dopiero początek <3
nowa bohaterka zobaczcie w tym poście ---> LINK
proszę o komenty... jeśli czytacie skomentujcie jakkolwiek proszeeee....
dla mnie znaczy to wiele...
@haniabiebs
cudny rozdział! ;D
OdpowiedzUsuńwarto było tyle czekać ♥
Świetnieee.! <33
OdpowiedzUsuńOby Line poczuła coś do Justina ^^
A Jane jest taka tajemnicza :o
ZAAAAJEBISTE ♥
OdpowiedzUsuń@SWAGGIIES
świetny rozdział ♥
OdpowiedzUsuńJustin jest taki opiekuńczy i kochany <333
nie umiałam doczekać się tego rozdziału, oby następny był szybciej *.*
warto było tyle czasu czekać ♥
całuski :*
@paula_biebs
Wspaniały rozdział.Czekam na następny z niecierpliwością tak jak zwykle :) Twoje opowiadanie jest niesamowite. Kocham je czytać :) Akcja się rozkręca,oby tak dalej ;)
OdpowiedzUsuńza*ebiste opowiadanie ♥
OdpowiedzUsuń